Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 242 997 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zagubione miasto w Brazylii

czwartek, 03 kwietnia 2008 4:34

      

 

W 1839 r. brazylijski przyrodnik szperając w Dworskiej Bibliotece Publicznej (dzisiejsza Biblioteka Narodowa) w Rio de Janeiro natknął się na pochodzący z 1753 r. dokument zatytułowany „Historyczna Relacja z ukrytej, wielkiej starożytnej miejscowości bez mieszkańców". Dokumentem tym zainteresował się ksiądz kanonik Januario Barboza, publikując go w „Czasopiśmie Brazylijskiego Instytutu Historycznego i Geograficznego" i zwracając się z apelem do brazylijskiej klasy intelektualnej, aby ta potraktowała poważnie zawarte w nim dane.

 

Początek relacji mówi o dostrzeżeniu przez podróżujących już od 10 lat po wielkich obszarach Bahia Bandeirantes (czyli przez portugalskich poszukiwaczy złota, diamentów, srebra i przygód oraz łowców indiańskich niewolników) góry, która z daleka błyszczała z powodu istniejącej w niej dużej zawartości kryształów. Początkowo Bandeirantes nie mogli się jednak do niej dostać z powodu  trudnego dostępu, aż zdarzyło się, że zbierający drewno na ognisko murzyn ujrzał białego jelenia i podążywszy za nim nagle natknął się na wybrukowaną drogę, która wiodła do wnętrza góry. Powiadomił o swoim znalezisku swoich panów i tak ekspedycja dotarła do miejsca, z którego rozciągał się widok na zabudowania jakiejś dużej, nieznanej im miejscowości. Posłany na przeszpiegi Indianin powrócił mówiąc, że miasto jest puste, więc  postanowiono zejść do niego i je przeszukać.

 

Do miasta wiodła jedynie jedna, wybrukowana kamieniami, wspomniana już droga. Wejście do miasta, jak mówi relacja, było zrobione „z trzech łuków o bardzo dużej wysokości: środkowy był najwyższym, a obydwa z jego boków są mniejsze: na największym i głównym dostrzegliśmy litery, których nie można było skopiować z powodu wielkiej wysokości". W mieście domy były zrobione z wielkim porządkiem i zgodnie z symetrią, wyglądając, jakby były ciągiem jednego domu, gdy tymczasem domów było wiele, przy czym niektóre z nich  posiadały odkryte tarasy i nie miały dachówek, ponieważ miały dach płaski z wypalonych kafelków lub innego materiału. W środku tych domów niczego nie znaleziono, były całkowicie opustoszałe.

 

Na końcu ulicy poszukiwacze natknęli się za to na plac, w którego środku znajdowała się „kolumna z czarnego kamienia o niezwykłej wielkości, a na niej figura zwykłego mężczyzny z jedną ręką opartą o lewy bok, a z prawą ręką wyciągniętą, wskazując palcem Biegun Północny; w każdym kącie wspomnianego Placu znajduje się Igła, imitacja tych używanych przez Rzymian, ale niektóre już źle traktowane i przełamane, jak rany z jakichś błyskawic".

 

Na portyku głównej ulicy również „znajdowała się półrzeźba figury, wyrzeźbiona z tego samego kamienia i rozebrana od pasa w górę, ukoronowana laurem" i z napisem pod tarczą. Po lewej i prawej stronie placu znjdowały się potężne budowle. Według Bandeirantes, pierwszy z nich wyglądał na jakąś świątynię, miał bowiem wiele figur na swoich bokach, takich jak krzyże i kruki. Inna część miejscowości leżała w częściowo w gruzach prawdopodobnie z powodu trzęsienia ziemi.

 

W pobliżu opisanego placu znajdowała się również rzeka. Po trzech dniach przeszukiwania awenturnicy znaleźli wielki wodospad. Było tam również bardzo wiele pieczar, wiele z nich z napisami.

 

Pomiędzy ruinami znaleziono wielką złotą monetę. Z jednej jej strony znajdował się wizerunek jakiegoś klęczącego młodzieńca, a z drugiej była korona, łuk i strzała. 

 

Po dojściu w rejon pomiędzy rzekami Paraguaçu i Una, bandeirantes wysłali do Rio de Janeiro list, w którym dali początek wspomnianemu, tj. orginalnemu rękopisowi.  Według opisu wyraźnie było widzieć, że opuszczone miasto nie należało do typu miast budowanych przez Portugalczyków i Hiszpanów, ani również nie było miastem górniczym, zbydowanym przez poszukiwaczy szlachetnych minerałów.

 

Niektórzy badacze tego dokumentu dzisiaj uważają, że autorem relacji był ktoś lubujący się w zabytkach i budowlach świata Morza Śródziemnego. Stwierdzają zarazem, że w opisie widać również nawiązanie do góry kryształowej, jakby chciano nawiązać do historii o poszukiwaniach Eldorado, a zarazem nawiązanie do tajemniczej figury niegdyś znalezionej na Wyspie Kruków (w portugalskich Açorach). Od Damiana z Góes, z jego „Chronica do Principe D. Joam" z 1567 r. wiemy, że w czasach króla Manuela żeglarze znaleźli tam na szczycie góry olbrzymią figurę mężczyzny ubranego w „bedém", czyli w typ tuniki arabskiej, z odkrytą głową i z ręką wskazującą na zachód. Pod figurą miały się znajdować tajemnicze, niemożliwe do odczytania napisy. W poemacie „Caramuru" José de Santa Rita Durao z 1781 r. mowa jest wręcz o tej figurze, jako wskazującej ręką w stronę... Brazylii.

 

Czy rzeczywiście autor listu z realcji o odkryciu tajemniczego miasta znał szczegóły odkryć w basenie Morza Śródziemnego, jak to uważają nie wierzący w jego istnienie sceptycy? Relacja z odkrycia miasta na Bahia została spisana  już w 1753 roku, gdy tymczasem po raz pierwszy wiadomość o odkryciu Herculanum i Pompei została opublikowana w Brazylii trzy lata później, w 1756 roku, w książce „L´antichità romana"... .

 

To brazylijscy badacze, Hermann Kruse i  historyk Pedro Calmon, uznali, że autorem relacji był João da Silva Guimarães, który później zamieszkał wśród Indian, a po 1764 roku znika po nim wszelki ślad.

 

Innym podejrzanym o napisanie relacji o znalezionym mieście, według historyka Calmona, mógł być człowiek, który wspomógł Guimarães´a, gdy ten został zaatakowany przez Indian, czyli gubernator Minas Gerais, Martinho de Mendonça de Pena e de Proença, znany jako filolog, poliglota, bibliotekarz i członek Królewskiej Akademii w Lizbonie. W 1730 roku to on miał prowadzić dochodzenia w sprawie tajemniczych napisów w São Tomé das Letras w Minas Gerais. Od 1738 roku litery te stały się sławne, były kopiowane i... niektóre z nich były podobne do tych z  relacji opisu o zagubionym mieście. Zmarł on jednak w Lizbonie już w 1743 roku, a relacja o znalezionym mieście została spisana dopiero dziesięć lat później.

 

Indianie w stanie Bahia żyli w bardzo prosto zrobionych szałasach, więc wiadomość o znalezieniu relacji o istnieniu prawdziwego miasta była czymś szokującym dla członków Brazylijskiego Instytutu Historycznego, ponieważ wskazywała na istnienie jakiejś poprzedniej, wysoko stojącej cywilizacji. Czyżby więc Brazylia miała mieć swoje własne, wielkie indiańskie budowle na wzór tych odkrytych w Meksyku i w Peru? W 1840 roku do członków Instytutu Historycznego w Rio de Janeiro nadchodzi list z Bahia, od pułkownika Ignacio Accioli Silva i A. Moncorvo, którzy min. napisali „o mieście opuszczonym w sertões tej prowincji (...) nie zdaje się, że chodzi jedynie o jakąś bajkę, z powodu zbiegu okoliczności co do tej wiadomości u licznych dawnych mieszkańców i badaczy sertões, ponieważ przez tradycję mówi się o jakiejś wielkiej Miejscowości, albo o Mieście, porzuconej i, jak powiadają, zamieszkałej przez Indian i przez murzynów uciekinierów".

 

Wiadomo, że już po zniknięciu (śmierci?) Guimarães´a w 1764 roku wiadomość o istnieniu opuszczonego miasta w Bahia jest bardzo rozpowszechniona wśród tamtejszej ludności. Kiedy w 1844 roku w regionie Chapada Diamantina (Diamentowy Płaskowyż) zaczyna się wielkie wydobycie diamentów, wiadomość ta nabiera jeszcze większego znaczenia. Dodatkowo w środkowym biegu wielkiej Rzeki São Francisco na Bahia istniał już mit o zbudowanym ze szmaragdów, zalanym przez wody rzeki mieście.

 

Tymczasem historią o opuszczonych ruinach tajemniczego miasta zainteresowali się na początku lat czterdziestych XIX wieku również badacze z zagranicy. Do Salvadoru zawitali z Kopenhagi na pokładzie statku „Bellone" wojskowi Suenson i Schultz, jak również botanik Kruger, aby właśnie zbadać ruiny, ale z powodu braku danych geograficznych w końcu do wyprawy nie doszło. Informacje na temat celu swoich poszukiwań szukali min. u arcebiskupa Bahia, Romualda Seixas, wielkiego miłośnika spraw dotyczących archeologii.

Dodatkowo, nadchodzi do Brazylii list Carla Von Martiusa, który w Rio de Janeiro został odczytany w sierpniu 1840 roku. Mówi on, opierając się na indiańskich mitologiach i odkryciach archeologicznych, o istnieniu niegdyś wielkich amerykańskich, potem podupadłych cywilizacji, jako przykład dając właśnie brazylijską Bahia. Członkowie Instytutu Historycznego Brazylii postanowili zacząć działać, czyli szukać konkretów. Byli już zaintrygowani prawdopodobnymi fenickimi napisami na Skale Gávea w Rio de Janeiro, a teraz nagle pojawiła się relacja o istnieniu starożytnego miasta w Bahia. Wyznaczyli więc jeszcze w 1840 roku księdza kanonika Benigno José de Carvalho e Cunha, Portugalczyka, który przyjął obywatelstwo brazylijskie, aby ten zaczął poszukiwania owego zaginionego miasta.

 

Dlaczego wybór padł na pochodzącego z Portugalii księdza Benigno? Sprawdziwszy lepiej tę ciekawą postać dowiadujemy się, że ksiądz kanonik był poliglotą, profesorem (w tym założycielem szkoły), wydawcą gazety w Salvadorze, specjalistą od języków Bliskiego Wschodu i przede wszystkim był księdzem podlegającym arcebiskupowi Bahia, Romualdo Seixas, który to prawdopodobnie osobiście zaproponował członkom Instytutu Historycznego i Geograficznego osobę księdza Benigno, swojego zaufanego człowieka.

 

Jeszcze na początku listopada 1840 r. wspomniany ksiądz przybył do Salvadoru. Najpierw zajął się zbieraniem informacji od osób, które wiele podróżowały po Bahia (stan ten jeszcze dzisiaj jest dwa i pół razy większy niż Polska). Pomimo nie zawsze zachęcających do wyprawy relacji, ksiądz kanonik znalazł różne motywy, aby taką wyprawę przedsięwziąć, a relację Guimarãesa uznał za prawdziwą, więc to w niej zaczął poszukiwać szczegółów co do możliwego miejsca położenia zagubionego miasta. Poza tym, jak wielu innych, był zaintrygowany opisem napisów podbnych do liter greckich lub skandynawskich run.

Ksiądz Kanonik Benigno w pisemnej relacji Guimarães´a zwrócił uwagę na wspomnienie strumienia na przeciw miasta, którym później Bandeirantes zeszli, aby po trzech dniach podróży dotrzeć do połączenia rzek Paraguaçu i Una. Z tej wskazówki Benigno doszedł do wniosku, że miasto prawdopodobnie musi być ukryte w łańcuchu Gór Sincorá, czyli w Serra do Sincorá. Skupił się więc na tym regionie, wypytując się oraz studiując ówczesne mapy tych gór, zwłaszcza istniejących tam strumieni i rzek. Myślał, że na dotarcie do ukrytego miasta powinien był zużyć 14 dni, ale na początek postanowił jedynie dotrzeć do  przybrzeżnej miejscowości Valença, aby tam zebrać jak więcej potrzebnych mu informacji, zwłaszcza na temat rzeki Braço do Sincorá, jej wodospadów, wpadających do niej strumieni, itd., aby w ten sposób porównać zasłyszane informacje z relacją Bandeirantes zawartych w dokumencie z 1753 roku. Do Valença ksiądz Benigno dotarł 5 lutego 1841 r.

 

Jedną z osób, z którym przyszło księdzu rozmawiać w tej miejscowości, był Antonio Joaquim da Cruz, człowiek, który wiele podróżował po regionie, w tym wzdłuż rzeki Braço de Sincorá. Według niego relacja o zagubionym mieście jest prawdziwa, a znajduje się ono w jednym z gęstych lasów na Wschodzie, sam jednak, jak przyznał, nie miał odwagi tam się zapuścić. Potwierdził również istnienie wielkiego wodospadu i głębokich, wydających dziwne uderzenia kopalń.

 

Również od innych, starszych mieszkańców Valença ksiądz Benigno dowiedział się o istnieniu zniszczonego przez trzęsienie ziemi lub przez zapadnięcie się miasta. Niektórzy wręcz twierdzili, że miasto istnieje, ale jest w nim smok, który spala każdego, co się do niego zbliży, a inni, że kto do niego dotrze, to już nigdy więcej nie powróci, jak to miało być w przypadku jakiegoś księdza.

 

Wszystkie te zebrane przez kanonika Benigno informacje potwierdzały jego przypuszczenie, że zagubione miasto znajduje się w łńcuchu górskim Sincorá. Zaplanował więc wyprawę na koniec 1841 roku, przy czym w liście do Instytutu Historycznego i Geograficznego zapowiedział, że podróż będzie niebezpieczna z powodu wielkiej ilości pum i węży, ale tamtejszych Indian uznał raczej za spokojnych, niegroźnych, chociaż jeszcze „dzikich". Poprosił również Instytut o wsparcie planowanej wyprawy pieniędzmy.

 

W październiku 1841 roku ksiądz Benigno napisał do Rio de Janeiro list, w którym wspomina o właśnie odkrytych na Bahia, w Górach Mangabeira, pokładach srebra. Przyczyniło się to do tego, że planowana wyprawa księdza nabrała teraz również charakteru ekonomicznego. W swoim liście do cesarza Brazylii z prośbą o wsparcie finansowe, prezydent Instytutu napisał, że jeśli nawet nie dojdzie do odkrycia samego miasta, to jednak zostanie poznany i przygotowany do zagospodarowania mało jeszcze znany region kraju oraz będzie wiadomo, czy znajdują się tam jakieś warte wydobywania minerały.

 

Tymczasem znalezieniem zagubionego miasta zainteresował się również pułkownik Ignacio Aciolli Silva, który od 1840 roku zaczął także zbierać wszelkie możliwe i dostępne mu na ten temat informacje. Interesowały go jednak też podania o innych ciekawych miejscach, jak chociażby o pozostałościach dawnych miejsc zamieszkania w miejscu odkrycia pokładów diamentów, w Serra do Assuruá.

 

Powróćmy jednak do osoby kanonika Benigno, któremu sprzyjał w zaplanowanej wyprawie również fakt bycia księdzem. W końcu, poza cywilizacją miejscowi odkrywcy nieśli również zawsze płomień wiary katolickiej, a w tym przypadku wyprawę miał pokierować sam ksiądz. W każdym bądz razie prośba prezydenta Instytutu została szybko zaakceptowana przez cesarza Piotra II (Pedro II).

 

Na początku grudnia 1841 r. ksiądz kanonik Benigno dotarł w wybrany przez siebie region poszukiwań zagubionego miasta. Już jednak w dwóch pierwszych listach, wysłanych na początku 1842 roku, widać wielkie trudności, na jakie napotkała kierowana przez niego wyprawa. Przede wszystkim, otrzymana ze skarbca państwa suma była zbyt niska, więc nie mógł pójść zamierzoną trasą, ale musiał wybrać krótszą drogę. Przez długi czas nie było żadnej wiadomości o wyprawie, co wiemy z listu pułkownika  Ignacio Aciolli Silvy. Dopiero w sierpniu nadeszła szczegółowa, ale zniechęcająca relacja z wyprawy. Ksiądz Benigno skarżył się w liście, że z powodu braku funduszy i trudności nie mógł dokończyć wyprawy i dlatego, czekając teraz na fundusze od gubernatora stanu, zajmuje się otwarciem

dróg w puszczy ogniem, maczetami i toporami. Z listu jednak dowiadujemy się, że sam ksiądz był już bardzo osłabiony z powodu częstych malarii i związanych z nimi gorączek.

 

Od gubernatora Bahia, generała Andrea, nadeszła odpowiedź, że ksiądz Benigno nie dostanie pieniędzy. Bez środków i schorowany, zanim powrócił do Salvadoru, ksiądz wysłał jeszcze ordynansa grupy i pewnego, okolicznego murzyna, aby ci zbadali region Rzeki Parassusinho. Po 15 dniach ci powrócili, nie znajdując żadnego śladu miasta. Jednakże Benigno dowiedział się w międzyczasie o istnieniu w puszczy miejscowości zamieszkanej przez murzyńskich niewolników-uciekinierów, którzy właśnie mieli zająć zabudowania opuszczonego miasta. Potrzebował jednak dużej sumy pieniędzy, aby móc to  sprawdzić.

 

Tymczasem sytuacja w Rio de Janeiro uległa już zupełnej zmianie i wszelki optymizm ze strony elity naukowej Brazylii w stosunku do istnienia zagubionych miast na terenie kraju, w tym na Bahia, prawie całkowicie ustąpił sceptyzmowi. Na dodatek, sam dawny poszukiwacz utraconego miasta na Bahia, pułkownik Ignacio Aciolli Silva, w 1843 roku napisał na ten temat list pełen ironii, wyśmiewając się z samej idei.  

 

Kanonik Benigno nie dał jednak za wygraną i wykorzystując wszystkie dostępne mu źródła, zdołał zgromadzić nową, liczniejszą i lepiej wyposażoną wyprawę, z którą postanowił się skupić na zbadaniu regionu rzeki Orobó. Tym jednak razem ksiądz nie ograniczył się jedynie do samych poszukiwań, ale wybudował również most na rzece Tingá i drogę do Santo Amaro. Dlaczego tracił czas i wydawał pieniądze na coś nie związanego z wyprawą? Prawdopodobnie ksiądz Benigno postanowił zainwestować w rozwój samego, interesującego go regionu, aby w ten sposób wytrącić z rąk krytyków broń, że pieniądze są niepotrzebnie wydawane na jakieś mrzonki. Inni z kolei twierdzą, że głównym powodem takiego działania księdza był jego kiepski stan zdrowia (reumatyzm w ramieniu, malaria, spuchnięta wątroba), uniemożliwiający mu na zapuszczenie się głębiej w dżunglę. W każdym bądź razie ksiądz Benigno był przekonany, że główny cel jego poszukiwań, znalezienie zagubionego miasta, jest możliwy do osiągnięcia i w swojej relacji podaje kilka ku temu powodów, w tym świadectwo niejakiego murzyna-niewolnika o imieniu Francisco, który twierdził, że sam w ruinach tego poszukiwanego miasta już przebywał, ponieważ żył tam w swojej młodości, zanim został złapany i uczyniony niewolnikiem.

 

Sprawy jednak obierały już zły kierunek dla poszukiwań księdza Benigno, chociaż w 1845 roku napisał on do Instytutu w Rio de Janeiro długi list-relację, w którym chciał usprawiedliwić potrzebę dalszych poszukiwań. Pieniędzy już jednak z nikąd nie otrzymał. Wiadomo nawet, że sam już był zniechęcony do poszukiwań, kiedy nagle ponownie nabrał wiary w możliwość znalezienia miasta, dzięki nowym rozmowom z wiekowymi osobami zamieszkującymi interesujący go region. Jeden z jego rozmówców nawet potwierdził istnienie białego jelenia, więc fakt znany z relacji Guimarães´a spisanej przecież sto lat wcześniej. Poza tym, murzyn Francisco z Orobós stwierdził, że w regionie zagubionego miasta znajdowały się aż trzy ukryte miejscowości, zamieszkałe przez zbiegłych niewolników i ich potomków.

 

Ksiądz kanonik Benigno przestał odtąd również pisywać swoje listy-relacje, pisząc po raz pierwszy do gubernatora dopiero w 1846 roku. Tym razem ksiądz nawet nie wspomina o zagubionym mieście, ale zamiast tego posyła mapę regionu i krytykuje poprzednie mapy wnętrza Bahia. Poza tym, opisuje on z entuzjazmem odkrycie pewnej pieczary przy Rzece Prata... . Gubernator Bahia, generał Andrea, nie odpowiadając księdzu, nakazał po prostu cofnąć mu wszelkie wsparcie finansowe. Odtąd trudno jest nam już śledzić losy upartego duchownego, który prawdopodobnie pozostał w regionie Sincorá do 1848 roku. Rozeszły się plotki, że oszalał, ponieważ zaczął słyszeć jakieś dzwonienie dzwonów i inne dźwięki. Napisał jedynie raz do Salvadoru, do arcybiskupa Bahia Romualda Seixas, prosząc o upoważnienie, aby mógł zając się duchową stroną mieszkańców ukrytego miasta, których miał tam wkrótce spotkać.

 

Rzeczywiście, pojawiły się wkrótce głosy, że ksiądz kanonik Benigno dotarł do miasta i do znajdujących się w nim bogactw. Pewne jest jednak jedynie to, że Benigno był atakowany z wszystkich stron, w tym przez tych członków miejscowego kleru, którzy byli zainteresowani zajęciem obsadzonej dotąd przez niego funkcji kanonika.

 

Wydaje się, że ksiądz Benigno do końca pozostał wierny swojej misji, chciaż niektórzy piszą, że powrócił do Salvadoru i zmarł tam w opuszczeniu. Mamy jednak dowody (np. nekrolog w dzienniku „O Noticiador Catholico"), że ksiądz kanonik Benigno de Carvalho e Cunha zmarł w 1852 roku na terenie parafii Santa Isabel do Paraguaçu, aktualnie Mucugê, w środku niesamowitego, mistycznego Diamentowego Płaskowyżu, czyli w Chapada Diamantina. Zmarł twierdząc, że dotarł do tajemniczego, istniejącego właśnie tam, zagubionego miasta... .

 

Z śmiercią księdza Benigno zainteresowanie rękopisem-relacją o znalezieniu zagubionych ruin tajemniczego miasta nie całkiem jeszcze zaginęło. W 1848 roku major Manoel Rodrigues de Oliveira wysłał list z Bahia do Rio de Janeiro (ówczesnej stolicy Brazylii), w którym nie zgadzał się z lokalizacją owego miasta zaproponowaną przez księdza Benigno. Opierając się na różnych znaleziskach dokonanych na Bahia, zamiast zaproponowanego przez księdza kanonika regionu Sincorá,  major wskazał na dwa inne regiony: 1) pomiędzy rzekami Paraguaçu i Una, w regionie miejscowości Belmonte (południowo-środkowa Bahia); 2) Provisão (południowo-wschodnia Bahia, w pobliżu dzisiejszego miasta Camamu). Podejrzewa się jednak, że znalezione w tamtych okolicach przedmioty należały do członków różnych dawnych wypraw lub do żołnierzy portugalskich garnozonów z poprzednich wieków. Jedynie jedna znaleziona rzecz zgadzała się z opisem z dokumentu: złota moneta.

 

Major Oliveira z jednej strony ostro skrytykował poszukiwania księdza Benigno, gdy tymczasem sam jeszcze bardziej rozwijał w sposób fantastyczny wątek zaginionego miasta. Jednakże elity Bahia, które zawsze były krytycznie nastawione do poszukiwań kanonika Benigno, ostro skrytykowały również słowa majora Oliveiry. W końcu zaczęły przeważać opinie, że relacja o zaginionym mieście miała na celu odwrócić uwagę poszukiwaczy od miejsc, w których Bandeirantes i inni znaleźli w rzeczywistości pokłady diamentów. Czy jednak rzeczywiście? Przecież taka niezwykła relacja również przyciągała uwagę różnych poszukiwaczy, jak to było np. w przypadku Brytyjczyka, pułkownika Fawceta.

 

Wcześniej, jeszcze w 1913 roku, angielski pułkownik O´Sulivan Beare oświadczył, że opisane w „Dokumencie 512" zaginione miasto w rzeczywistości znajduje się na wschód od wielkiej rzeki Sao Francisco, a nie w Serra do Sincorá, jak uważał ksiądz Benigno. To może dlatego pułkownik Fawcet w 1921 r., pod patronatem finansowym brytyjskiej Royal Geographical Society, po przejściu śladami księdza Benigno, w końcu zdecydował się ruszyć jeszcze bardziej na Wschód, aż do Mato Grosso. Jak już wiemy z artykułu o Serra do Roncador, Fawcet i jego dwaj towarzysze (w tym jego syn), po raz ostatni byli widziani w 1925 roku. Potem ślad się po nich urywa.

 

W 1984 roku Gabriel Banaldi znalazł formacje skalne w miejscowości Livramento de Brumado, stan Bahia, uznając je za dowód, że to właśnie w tamtej okolicy powinno się zacząć poszukiwania zaginionego miasta, o którym powiada stary dokument z 1753 roku.  Jak jest jednak prawda? Czy poszukiwane miasto czeka wciąż na swojego współczesnego odkrywcę?


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Mit o stworzeniu w Brazylii

czwartek, 03 kwietnia 2008 4:30

                               

 

Można śmiało powiedziać, że w sprawach związanych z mitologią kultura brazylijska posiada bardzo bliski związek z kulturą europejską. Jednakże nie możemy zapominać o dwóch innych źródłach brazylijskiej kultury, o kulturze zastanych przez europejskich kolonialistów Indian i o kulturze przywiezionych tutaj niegdyś siłą afrykańskich niewolników. To te dwie kulturty również starają się na swój sposób wytłumaczyć pochodzenia świata i człowieka.

 

Dla Indian z plemion należących do grupy Tupi-Guarani, czyli dla najważniejszych grup indiańskich w Brazylii, żyjących na tych ziemiach przed przybyciem tutaj pierwszych Europejczyków, czyli Portugalczyków pod dowództwem Pedro Alvaro Cabrala, stwórcą świata był Tupã. Słowo to w języku poslkim możemy przetłumaczyć na „tchnienie boże", a jego najważniejszymi sposobami manifestowania się ludziom są błyskawice i grzmoty.

 

Zgodnie z indiańską legendą Tupã zszedł na ziemię by stworzyć ocean, puszczę, zwierzęta i człowieka. Podobnie, jak w wielu innych mitach, również u Indian ludzkość pochodzi jedynie od jednej, zrobionej z gliny pary przodków, tj. od Rupave i Sypave.

 

Tymczasem murzyńscy niewolnicy, wywodzący się z afrykańskiego plemienia Ioruba, przywieźli ze sobą do Brazylii opowiadanie o Olodumaré, czyli o bogu, który niegdyś żył samotnie w nieskończoności, otoczonym tam ogniem, płomieniami, dymem i parą, ale znużony tym widokiem postanowił uwolnić swoje siły stwórcze, manifestując się za pośrednictwem potężnej wodnej nawałnicy. To z niej, z tej nawałnicy wyłoniły się morze, ziemia i Yomonja, czyli wielka matka, w Brazylii jednak bardziej znana jako bogini Iemanja. To z kolei z jej wnętrza narodziły się gwiazdy, chmury i wszystkie orixas, czyli mityczne bóstwa z panteonu ludów Ioruba.

 

Zarówno w przypadku Indian z rodziny Tupi-Guarani, jak i murzynów z plemienia Ioruba, mity te należą do ustnej tradycji, które z wielką trudnością przetrwały kolejne etapy historii, dzieląc się również w Brazylii na różne ich wariacje w zależności od regionu tego tak bardzo wielkiego kraju. Tradycje Indian zachowały się jeszcze w rezerwatach i w ich wioskach, a dopiero od jakiegoś czasu zajęli się nimi uniwersyteccy specjaliści, nagrywając je, spisując i publikując.

 

W przypadku kultury Ioruba w Brazylii, to ta przeżyła głównie dzięki „terreiros", czyli miejscom kultowania religii candomblé, również dopiero od niedawna stając się celem badań różnych specjalistów.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Miasto Cezarów (lub Elelín)

czwartek, 03 kwietnia 2008 4:07

                           

 

Wielu starało się i dalej stara się znaleźć „Miasto Cezarów", ale nikomu się dotąd to nie udało. Przez wieki wiadomość o nim przechodzi z ust do ust i jest ciągle na nowo spisywana prze kolejne osoby. Początek tej legendy ma miejsce w XVI wieku podczas hiszpańskiego podboju Ameryki Południowej. Tak jak poszukiwano sławnych „El Dorado", „Siedmiu Miast Cíbola", „Sierra de la Plata", czy „Rey Blanco" ( „Biały Król" - bajeczny, ukryty skarb Inków) w innych częściach Ameryki, tak również historia o bogatym w złoto i srebro mieście w Patagonii wkrótce rozbudziła wyobraźnię i chciwość u hiszpańskich zdobywców. Jedni twierdzili, że miasto to znajduje się w jakimś lesie, inni, że na półwyspie, jeszcze inni twierdzili, że miasto to znajduje się na środku jeziora. Najciekawszy jednak w tych sprawozdaniach jest fakt, że jego mieszkańcy mieli być białymi blondynami o niebieskich oczach i gęstych brodach. Ich język miał być zupełnie niezrozumiały zarówno dla Hiszpanów, jak i dla mających z nimi kontakt Indian.

 

Piersze osiedle w dzisiejszej Argentynie Hiszpanie zakładają w 1527 r. w ujściu rzek Carcaraña i Paraná. Chodzi o założony przez Caboto fort Sancti Espiritus. Przygotował on rozpoznanie terenu i w 1528 r. ruszyła wyprawa pod kierownictwem 14 Hiszpanów, na których czele stanął Francisco César. Swoją grupę podzielił na trzy części. Jedna z nich udała się na tereny Indian Querandíes, a druga na tereny Indian Carcarañas i po obydwu tych grupach na zawsze zaniknął ślad. Trzecia grupa, kierowana przez samego Cesara, zaczęła badać teren posuwając się wzdłuż rzeki Carcaraña, przez trzy miesiące robiąc około 1300-1700 kilometrów. Siedmiu Hiszpanów z tej grupy powróciło, opowiadając niesamowite rzeczy o mieście posiadającym wielkie bogactwa ze złota, srebra i  z szlachetnych kamieni.

 

Wielu się zastanawiało, gdzie też dotarł ze swoją wyprawą Francisco Cesar? Jedni wskazywali, że aż Nahuel Huapí, a inni wręcz iż aż do Chiloé, już w dzisiejszym Chile lub do Peru, gdzie mieli spotkać Inków. Wielu poszukiwaczy zaczęło szukać miasta opisanego przez Cesara, ale nikt go nie znalazł, chociaż podczas kolejnych ekspedycji dochodziło do znalezienia nowych podań i danych, na jego temat, jeszcze bardziej powiększających ciekawość i zainteresowanie opisem złożonego przez Cesara i jego ludzi.

 

Do wzmocnienia wersji o istnieniu Miasta Cesarów przyczynili się niektórzy pionierzy w Amazonii i rozbitkowie, zwłaszcza z wypraw Alcazaba i mieszkańców miejscowości założonych przez Sarmiento de Gamboa, potem opuszczonych. Alcazaba chciał zaludnić Patagonię w 1534 roku, sam jednak zginął, zostwiwszy za sobą grupkę rozbitków.

 

Wyprawa biskupa z Plasencia w 1540 r. do Wysp Maluków chciała przepłynąć Ciśninę Magellana, ale pozostawiła na ziemi 150 ludzi, o których nigdy więcej nic nie słyszano; dwóch z nich miało po wielu latach dotrzeć do Concepción w Chile i opowiedzieć o istnieniu miasta, w którym mieli potem żyć rozbitkowie... .

 

To samo się stało z mieszkańcami miast, jakie tam starał się założyć w 1584 roku Sarmiento de Gamboa. W 1587 r. osiemnastu z nich miał spotkać angielski pirat Tomas Cavendish. Byli tak wynędzniali, że nazwał miejsce Portem Głodu, co jednak nie przeszkodziło mu wziąc im ich artylerię oraz jednego z nich na swojego przewodnika.

 

Powiada się, że ci różni rozbitkowie i ludzie pozostawieni swojemu losowi połączyli się z Inkami, uciekinierami z Cuzco z 1535 roku, zamieszkując razem z nimi w Mieście Cezarów. Nawet uciekinierzy z miasta Osorno, uciekający w 1599 roku przed Indianami Araucanos, których już nikt nigdy nie ujrzał, mieli również przyłączyć się do mieszkańców Miasta Cesarów.

 

Najważniejszymi wyprawami w celu odnalezienia wspomnianego miasta były:

- 1543-1548 r. - wyprawa Diego de Rojas.

- 1563 r. - porucznik gubernatora Francisco Villagra wysyła wyprawę z Cuyo, aby zbadać prowincję Trapananda lub Cesarów.

- 1583 r. - wyprawa Lorenzo Bernal, patronowana przez gubernatora Chile, Alonso de Sotomayor. 

- 1604 r. - wyprawa Hernando Arias de Saavedra (Hernandarias), która skierowała się w stronę pamp, aż do Rzeki Czarnej (Río Negro), wyruszywszy z Buenos Aires.

- 1619 r. - Cosme de Cisterna, gubernator Chiloé, wysyła wyprawę.

- 1621 r. - wyprawa Diego Flores de León  dociera aż do Nahuelhuapi. 

- 1622 r. - wyprawa Gerónimo Luis de Cabrera, która wyruszyła z Cordoby; powstanie Indian zmusza go do powrotu znad rzeki Negro (Czarnej).

- 1670 i 1672 r. - dwie podróże Jezuity, księdza Mascardi, który wyruszał z Chile, przekraczając Andy i docierając aż do Cieśniny Magellana. Podczas trzeciej wyprawy, w 1673 r., stracił życie zabity przez Indian.

- 1740 r. - pewien mężczyzna de Chiloé wyrusza na poszukiwanie Miasta Cesarów w góry i ślad po nim zaginął.

- 1763 r. - ekspedycja Jezuitów, José García i Juan Vicuña, na nabrzeże w Aysén.

- 1774 r. - kapitan Ignacio Pinuer informuje, że Miasto Cesarów istnieje, ponieważ twierdzą tak potomkowie uciekinierów z miasta Osorno z 1599 roku.

- 1778 r. - dwóch członków Zakonu Franciszkanów , Norberto Fernandez i Felipe Sanchez, zagłębia się w  okolice Palena i Aysén w poszukiwaniu Miasta Cesarów.

- 1779 r. - król Hiszpanii nakazuje przeprowadzenie nowej wyprawy. Na jej czele ma stanąć Manuel José de Orejuela. Ten jednak pokłócił się z gubernatorem i do wyprawy nie doszło.

- 1779 - 1786 r. - wyprawa brata zakonnego, Francisco Menendeza z Chiloé.

- w latach 1783-1794 - ksiądz Menédez zorganizował kilka wypraw. Był ostatnim, który oficjalnie organizował wyprawy w celu znalezienia Miasta Cesarów.

 

Wiadomość o znalezieniu przez kogoś Miasta Cesarów rozchodziła się co jakiś czas, jak to było w 1707 i w 1774 roku (w tym samy roku, ksiądz z zakonu Jezuitów, Thomas Falkner, wydał na jego temat nawet książkę). W 1707 roku dotarła do Madrytu, Hiszpania, relacja z dokładnym opisem drogi i samego Miasta Cesarów. Autorem tej relacji był Silvestre Antonio Diaz de Rojas, który miał być więźniem Indian Pehuenches, mając wówczas  ujrzeć na własne oczy poszukiwane przez wielu miasto.

 

Jeszcze w połowie 1999 r. odbyto wielką wyprawę, która wyruszyła z miasta Bariloche, przez jezioro Nahuelhuapi, aby zagłębić się w nieprzebyte lasy, dochodząc prawie do granicy pomiędzy Argentyną i Chile. Wiele z miejsc, przez które przebrnęła wyprawa, nie były zaznaczone na żadnych mapach. Jeden z jej członków opowiadał o znalezieniu pieczary z dziwnymi napisami, ale nie pojawiła się żadna oficjalna relacja, a jedynie wiadomo, że była ostatnio przygotowywana przez członków tamtej wyprawy nowa ekspedycja. Ta musi rzeczywiście być dobrze przemyślana, ponieważ Patagonia jest regionem bardzo zimnym, o ciągłych, często silnych wiatrach, niewielkich opadach deszczu, piaskowych burzach i o innych niebezpieczeństwach i przeszkodach.

 

Wielu wierzy, że owo tajemnicze miasto zamieszkane przez mędrców rzeczywiście istnieje, ale jakby w innej, równoległej do naszej rzeczywistości, jakby w innym wymierze. Takich „duchowych" miast ma być wiele na świecie... .

 

Nie wiedomo, czy to właśnie z powodu Świętego Graala, ale powiada się, że Miasto Cezarów można ujrzeć w Wielki Piątek z najwyższych szczytów Isla Grande, jak w dalekiej Cordillera Nevada błyszczą czubki wież i dachy domów zrobionych ze złota i srebra. Nie ma tam biedy, cierpienia, chorób... . Nikt się tam nie rodzi i nikt nie umiera. Kto wejdzie do tego miasta, traci na zawsze możliwość wydostania się z niego, ponieważ nie pamięta wiodącej tam drogi, ani nawet poprzedniego swojego życia poza tym miastem. Czas tam płynie w inny sposób i dlatego ten, kto by z tego miasta wyszedł na zewnątrz, szybko umarłby z powodu swojego właściwego wieku. Tak miało być z pewnym ojcem, którego syn spotkał kroczącego takim, jakim go zapamiętał sprzed laty. Ten mu powiedział, gdzie przebywał, ale nawet nie mogli się uścisnąć, ponieważ w chwili uścisku ciało ojca miało nagle zmienić się w proch, całkowicie się rozsypując.

 

Na Wyspie Chiloé istnieje wersja mówiąca o istnieniu w rzeczywistości aż trzech miast: Hoyo, Muelle i Los Sauces. Tradycja ustna z tej wyspy jednak powiada, że tutaj wcale nie chodzi o normalne miasto: „To jest zaczarowane miasto, nie jest dane żadnemu z podróżników, aby je odkryć (...), tylko przy końcu świata miasto to będzie widzialne, aby przekonać niewierzących o swoim istnieniu".

 

Nie tylko potomkowie europejskich przybyszów, ale również mieszkający w Ptagonii od wieków Indianie są przekonani o istnieniu tam niesamowitego, zaczarowanego miasta. 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Tajemnicza Skała Gávea

czwartek, 03 kwietnia 2008 3:49

 

W niniejszym artykule zajmiemy się tajemnicą Skałą Gávea, a właściwie 842 metrową granitową górą o tej nazwie, znajdującą się w dzielnicy Świętego Konrada (Sao Conrado) w Rio de Janeiro,  nad brzegiem Atlantyku, dokładnie położona na 43º 30´ długości i 22º 50´ szerokości geograficznej.

 

Jej niesamowity wygląd zaczął już od dawna przyciągać wzrok obserwatorów. Jedni dopatrywali się w niej ludzkiej głowy, inni sfinksa, jeszcze inni fenickiego lwa lub byka. W każdym bądź razie, już w pierwszych latach XIX wieku zdecydowano się obejrzeć sobie górę lepiej, z bliska, wspinając się na nią. Decyzję taką podjął Instytut Historyczny i Geograficzny, który zajął się sprawą Góry Gávea na swojej nadzwyczajnej sesji 23 marca 1839 roku, nakazując przeprowadzenie małej wyprawy na jej szczyt. Mieli wziąć w niej udział, między innymi, historycy Manoel de Araújo Porto Alegre i J. Cunha Barbosa oraz cesarski kapelan, ksiądz J. Rodrigues Monteiro. I to oni dokonali niezwykłego odkrycia, bowiem okazało się, że na jej szczycie odkryli „napisy zapisane znakami fenickimi, już od dawna niszczonymi przez czas, a które wykazują na dawną starożytność". Niezbyt jednak im uwierzono i raczej panowało przekonanie, że w rzeczywistości były tam jedynie znaki zrobione przez przyrodę, bo przed przybyciem w te strony w 1500 roku Portugalczyków z Pedro Cabralem na czele, nikt przecież nie mógł dotrzeć wcześniej do Ameryki.

 

Nadszedł rok 1928, kiedy to Bernardo da Silva Ramos, zwany przez profesora Henrique José de Souza „brazylijskim Champolionem", napisał dwutomowe dzieło zatytułowane „Napisy i Tradycje Przed-historycznej Ameryki, zwłaszcza Brazylii". Było to wielkie dzieło liczące 1100 stron, w których autor skopiował zebrane przez siebie i innych archeologów w całej Brazylii najróżniejsze ciekawe napisy. Ramos potwierdził, że rzeczywiście na Skale Gávea znajdowały się fenickie napisy, które w książce przetłumaczył na hebrajski i potem na portugalski, zarazem wyjaśniając ich sens (można to zobaczyć w pierwszym tomie, w XIV rozdziale wspomnianej książki).

 

W 1931 r. grupka Brazylijczyków zorganizowała wyprawę, aby poszukać grobu fenickiego króla, który zaginął około roku 850 przed Chrystusem. Po amatorsku coś tam starali się przekopać, ale nic nie znaleźli. Według bowiem książki Ramosa, napis na górze brzmiał: „TYRO PHENICIA, BADEZIR, PIERWORODNY JETHBAALA" (profesor Souza zmienił później „Jethbaala" na „Badezira".

 

W 1933 klub górski z Rio de Janeiro zorganizował wielką wycieczkę na szczyt góry, gromadząc rekordową liczbę aż 85 osób, które wysłuchały tam wykładu profesora historii Alfredo dos Anjos.

 

Pierwsze fachowe badania archeologiczne przeprowadzono dopiero w 1961 roku, a zorganizował je Instytut Archeologii Brazylijskiej, zabierając na szczyt góry 13 badaczy, z prezydentem Instytutu, profesorem Claro Calazans Rodrigues na czele. Odrzucili oni możliwość przebywania tam niegdyś Fenicjan, ponieważ w brazylijskiej nauce dominowało przekonanie, że przed przybyciem Portugalczyków nikt przedtem nie miał kontaktu z Ameryką. Tymczasem jednak pojawiły się osoby twierdzące, że Fenicjanie nie tylko iż przybyli do dzisiejszego Rio de Janeiro, to jeszcze zostawili również ślady w innych miejscach brazylijskiego wybrzeża. Tak przynajmniej twierdził niemiecki badacz Ludwig Schwennhagen. Dodatkowo, pojawiły się głosy parapsychologów, że w skale znajdują się

tunele, sale i groby. Sama skała miała również służyć jako typ latarni morskiej.

 

W zachodniej części góry ma się znajdować dobrze widoczna z zewnątrz „brama". Chodzi o rzeczywiście ciekawą, płaską strukturę w skale, mającą 15 metrów wysokości i 7 metrów szerokości, a jej głębokość dochodzi nawet do 2 metrów. Jest widoczna nawet z dołu, więc z odległości ponad 800 metrów. U jej stóp znajduje się czworokątny kamień, który niby miał służyć do podtrzymania klina w chwili otwierania tej olbrzymiej bramy. Według pewnych relacji, grupa miejscowych teozofów miała dostać się nawet przez tę bramę do środka skały 9 lipca 1939 roku.

 

Istnieje wiele podań i relacji dotyczących istnienia ukrytych wewnątrz góry sal i żyjących tam istot. Dla przykładu, kiedyś jakiś młody chłopak został pochwycony podczas wsponaczki na skałę przez deszcz, więc rozbił namiot w chaszczach. Kiedy nagle ujrzał jakieś światła, to pomyślał, że to pewnie inni wycieczkowicze. Wielkie jednak było jego zdziwienie, kiedy wychyliwszy głowę na zewnątrz ujrzał kroczące trzy osoby bogato ubrane w świecące się stroje.

 

Innym fenomenem widywanym nad górą są pojawiające się tam światła, zwłaszcza „Złotą Matkę", jak nazywa się ognistą kulę, która szybko porusza się po niebie, zostawiając za sobą świetlisty ogon, jakby była jakąś kometą.

 

Do niezwykłego wydarzenia doszło również niedaleko Góry Gávea w 1981 r., kiedy to zaginął w okolicy samolot z 5 geologami. Niebo wówczas było czyste, nie było również żadnego wybuchu, a tymczasem do dzisiaj nieznany jest los samolotu i tych, którzy się w nim znajdowali.

 

Skale tej przypisywano już najróżniejsze funkcje: świątyni, grobu, piramidy, miejsca używanego przez Atlantów, itd.  Różne wizerunki, jakie tam mają być wyryte lub wyrzeźbione, mają być dowodem na częste używanie szczytu Gávea w przeszłości. Poza tym liczne osoby twierdzą, że przebywając na górze odczuwały specyficzne wibracje, a nawet miały różne wizje, jak chociażby wyglądających na Indian osób ubranych nie jak Indianie brazylijscy, lecz jak Inkowie, czy też osób ubranych w zbroje podobne do zbroji rzymskich legionistów. Inni czuli tam specyficzne zapachy i słyszeli muzykę. Jacyś dwaj młodzieńcy, praktykujący podwodne połowy, mieli odkryć podwodną grotę, gdzie znaleźli schody, ale kiedy na nie wstąpili, to utracili zmysły i zbudzić się, nie wiedząc jak,  na szczycie góry. Trzech innych miało w lesie dotknąć jakiegoś miejsca w skale, co spowodowało pojawienie się wejścia. Potem długo przebywali wewnątrz góry. Kiedy ich znaleziono, błądzili po lesie, nie potrafiąc wytłumaczyć, co się stało, a jedynie powtarzali, że przebywali wewnątrz góry.  Podobnie alpiniści mieli widzieć jakieś zielonawe światło w miejscu, który uważa się za wejście do wnętrza góry.

 

Kształ samej góry wygląda, jakby wykuto w niej wielkiego zwierza z rodziny kotów, ale z ludzkim obliczem, coś w stylu sfinksa. Brakuje co prawda ogona, ale,  jak zaświadczają źródła historyczne, ten w rzeczywistości istniał, a jedynie podczas wielkiej burzy w 1919 roku, która zalała Rio de Janeiro, doszło do oderwania się i zawalenia tej częsci skały. Miałby być to kolejny dowód na to, że miejsce to było odwiedzane i odpowiednio przemienione przez dawnych mieszkańców Bliskiego Wschodu, zwłaszcza Fenicjan.

 

Podsumowując, można stwierdzić, że w wielu zakątkach świata mówi się o podziemnym, zamieszkałym świecie, Shamballa, i poszukuje się do niego wejścia. Według niektórych poszukiwaczy tych wejść, jednym z nich miałaby być właśnie Pedra da Gávea, przy czym w Brazylii wskazuje sie jeszcze na region Serra do Roncador oraz na inny region, w brazylijskim stanie Piauí, zwany Sete Cidades, czyli Siedem Miast. Temu regionowi Brazylii i przypuszczeniom na jego temat poświęcimy jeszcze inny, specjalny artykuł.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Święty Gral jest przechwywany w Patagonii?

czwartek, 03 kwietnia 2008 3:45

                    

 

Tajemnica istnienia, pochodzenia i aktualnego miejsca przebywania Świętego Graala od wieków rozpalała umysły tysięcy ludzi, w tych różnych badaczy i poszukiwaczy tej jednej z największych tajemnic ludzkości.

 

Czym w ogóle miałby być Święty Graal? Kielichem, który Jezus Chrystus użył podczas ostatniej wieczerzy, a do którego później Józef z Arymatrei zebrał również krew umęczonego na krzyżu Syna Bożego?  Wnętrzem Marii Magdaleny, z którego pochodzi królewska krew Jezusa (sang real), w postaci Jego syna, jak twierdzą w swojej książce „The Holy Blood and the Holy Grial" Baigent, Lincoln i Leigh? Czy rzeczywiście potomek Jezusa miał zacząć królewską gałąź Merovingów, naf którą później mieli czuwać również Templariusze? Jakąś starożytną księgą zawierającą wielkie tajemnice wszechświata i ludzkości?

 

Nie brakuje najróżniejszych teorii i podań, co do pochodzenia, ale również aktualnego przechowywania Świętego Graala. Zajmijmy się teraz jedną z nich, według której Święty Graal jest obiektem, który został przewieziony i jest przechowywany w trudnych do zbadania, niedostępnych miejscach Patagonii w Ameryce Południowej. Jego tam przechowywanie ma mieć związek z istnieniem legendarnego, od wieków poszukiwanego przez Hiszpanów i innych poszukiwaczy „Miasta Cezarów" („Ciudad de los Césares"). Co więcej, według tych podań, Święty Graal miałby zostać przywieziony do Patagonii przez członków zniszczonego na początku XIV wieku przez króla Francji i rzymskiego papieża, niegdyś potężnego Zakonu Templariuszy.

 

Józef z Arymatrei był ważną osobistością żydowską. Według Ewangelii Mateusza 27,57-60) był on osobą bardzo bogatą i wpływową, a zarazem uczniem Jezusa Chrystusa. To on poszedł porozmawiać z szefem Rzymian w kraju, z Poncjuszem Piłatem, i ten nie odmówił jego prośbie, karząc przekazać mu zwłoki Jezusa Chrystusa. Według Mateusza, to sam Józef z Arymatrei wziął ciało Jezusa, owinął je w czyste płótno i złożył w wykutym z jego rozkazu w skale grobie, który przygotował już dla siebie samego, po czym zatoczył przed wejściem duży kamień i dopiero potem się oddalił. Ciekawe, że relacja Mateusza jest w pierwszej osobie, jakby Józef z Arymatrei był jedynym, który to wszystko czynił. Podobnie piszą pozostali trzej ewangeliści. Dodatkowo Marek wspomina, że Józef z Arymatrei był członkiem najwyższej rady, Sanhendrynu (Ewangelia Marka 15,43). Według jednak Jana, w przygotowaniach Józef miał otrzymać pomoc ze strony innego ważnego członka Sanhendrynu, Nikodema.

 

Według więc różnych podań, to Józef z Arymatrei miał być pierwszym właścicielem Świętego Graala i wywieźć go z Palestyny do Europy, przy czym niektórzy twierdzą wprost, że aż do dzisiejszej Anglii, do miejsca później znanego w historii jako Glasstonbury (glass = szkło, stone = kamień), gdzie miał go bezpiecznie ukryć.  

 

Jednakże inne legendy wskazują na odmienne wydarzenia związane z tą relikwią. Jedna z nich mówi, że Józef z Arymatrei wziął tę Świętego Graala do Zachodniej Europy, gdzie dokonała ona wielkich cudów, będąc strzeżona następnie przez potomków Józefa. Na terenach dzisiejszych krajów Beneluxu miał się pojawić Rycerz Graala (Lohengrin), ale zapytany o rzeczy zakazane, co do jego pochodzenia, wpadł w pychę i Graal został mu odebrany i zaniesiony przez swojego poprzedniego strażnika na Daleki Wschód, do starożytnego, świętego miejsca Agartha, mając odtąd być przechowywany gdzieś na wysokiej górze w Indiach.

 

Jeszcze inni wskazują na katarów, jako na tych, którym została powierzona ochrona Świętego Graala. Mieli oni bowiem posiadać jakiś bardzo wielki sekret. Historia powiada, że na początku 1244 roku, przed poddaniem się i pójściem na stos ponad dwustu katarów, czterech z nich uciekło z oblężonego zamku w Montsegur w stronę gardzieli Frau, by dotrzeć do jaskiń znanych jako Lombriv. Czyżby wynieśli i ukryli tam Graala?

 

Powróćmy jednak do możliwości obecności Świętego Graala na południu Ameryki Południowej, dokładniej w argentyńsko-chlijsko Patagonii. Teorii tej broni zorganizowana w Argentynie grupa badawcza „Delphos", według której Święty Graal miał zostać przywieziony do Patagonii około 1307 roku. Do takiego wniosku członkowie tej organizacji doszli jeszcze w latach osiemdziesiątych XX wieku, kiedy przeczytali średniowieczną książkę anonimowego autora „Perlesvaus lub Wyższa Historia Księgi Graala", w której w 11 rozdziale jest mowa o podróży statkiem z Walii aż do odległej wyspy w pobliżu wybrzeża, gdzie pilot statku nie rozpoznaje już gwiazd, a gdzie statek „osiadł na sucho" z powodu olbrzymiej wysokości mórz. Według tej i wielu innych wskazówek, jakie argentyńscy poszukiwacze zebrali podczas swojego pobytu w Wielkiej Brytanii, doszli oni do wniosku, że opisane warunki można znaleźć jedynie w El Fuerte, czyli na równolężniku 41°02´ południowej półkuli, na wybrzeżu Zatoki Świętego Macieja (Golfo San Matías).

 

Według Argentyńczyków, już znacznie wcześniej jakaś europejska grupa walijska lub celtycka, którą nazywają Przed-Templariuszową, wybudowała w Patagonii trzy umocnione przyczółki. Kiedy w 1307 roku zaczęły się w Europie prześladowania Zakonu Templariuszy, dotąd stojąca we francuskim porcie La Rochelle flota morska Templariuszy uszła z niego czym prędzej, a na jej pokłady zabrano Świętego Graala i inne ważne relikwie, aby później popłynąć z nimi do Umocnionego Portu w dzisiejszej Argentynie. Później, z biegiem czasu, przyczółki te zostały specjalnie opuszczone, a Graal i inne relikwie zostały ukryte w jakimś innym, nieznanym dotąd miejscu, gdzie są strzeżone przez członków tego samego Zakonu. Historię tę mają potwierdzić różne opowiadania mówiące o istnieniu w tamtym samym regionie, Patagonii argentyńsko-chilijskiej, legendarnego Miasta Cezarów. Hiszpanie poszukiwali go przez wieki, ponieważ z jednej strony głośno było na temat istniejących w nim bogactw, ale także dlatego, gdyż w mieście tym miała istnieć jakaś wysoko postawiona kultura mądrych ludzi. Te dziwne i tajemnicze istoty zamieszkiwały miasto, do którego bramy otwierali jednak jedynie tym, którzy posiadając czyste serca, zechcieliby stać się członkami ich społeczności. Jedna z legend powiada, że najważniejszym ich skarbem jest właśnie Święty Graal, oczekując na pojawienie się rycerza, który byłby godnym zbliżyć się do niego i użyć zawartej w niej mądrości i mocy.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Łańcuch Górski Roncador

czwartek, 03 kwietnia 2008 3:32

                                        

 

Serra do Roncador jest położona we wschodniej części brazylijskiego stanu Mato Grosso. Jest to piękne miejsce, jeszcze mało zbadane przez cywilizowanego człowieka, który kolonizował ten region, poszukując niegdyś obfitych złóż diamentów. Kolonizacja nie była jednak czymś łatwym, ponieważ przybysze z zewnątrz napotkali tam opór ze strony zamieszkujących te ziemie Indian.

 

Do dzisiejszego dnia najczęściej wspominaną ekspedycją w ten region była ta zapoczątkowana jeszcze w 1919 roku, a przeprowadzona przez brytyjskiego badacza, pułkownika Fawceta, który poszukiwał tam zagubionej cywilizacji. Po nim, jego synie i przyjacielu syna w 1925 roku zaginął wszelki ślad (nie są oni jednak jedynymi awenturnikami, którzy na zawsze znikli w tamtym regionie). Według Indian z plemienia Xingu, to oni zabili pułkownia, ale kości, jakie znaleziono w miejscu wskazanym przez Indian, nie należały do Fawceta. Opinie są podzielone i wielu uważa, że pułkownik znalazł poszukiwaną przez siebie obcą, zamieszkującą podziemne miasta cywilizację i to dlatego nigdy już nie powrócił. W każdym bądź razie ten niezwykły angielski badacz różnych tajemnic Azji i Ameryki Południowej zainspirował różnych pisarzy do napisania przygodowych książek (wystarczy wspomnieć Arthura Conana Doyle i jego książkę „Zaginiony Świat", czy H. Ridera Haggarda i jego „Kopalnie Króla Salomona") i reżyserów do nakręcenia filmów (wspomnijmy np. serię o Indiana Jones, Stevena Spielberga), a nagroda wyznaczona przez „The Times" dla tego, co rozwiąże los Fawceta i jego dwóch towarzyszy, do dzisiej jeszcze nie została odebrana.

 

Serra do Roncador składa się z wielu kanionów, przez które wiejący wiatr wydaje specjalny hałas, podobny do chrapania, dlatego nazwa „roncador" pochodzi od portugalskiego słowa „roncar" = chrapać, chrząkać. Najsławniejszym miejscem jest „Palec Boży" („Dedo de Deus"), skała nazwana tak z powodu przedstawiania jakby postaci kamiennego strażnika, dominującego nad pejzażem okolicy. Jednakże cały ten wielki obszar o powierzchni         11.002.455 hektarów, od miasta Barra dos Garças aż po granice Parku Stanowego Serra Azul, jest pełen różnych jaskiń i pieczar, w których można spotkać znaki pochodzące z prehistorii, wielkie, podziemne galerie, głębokie jeziora, itd.

 

W tamtejszych górach znajdują się liczne, jeszcze mało zbadane miejsca archeologiczne. Jednym z nich jest tzw. „grota stópek", w której znajdują się ślady stóp podobnych do ludzkich, ale z jedną jednak różnicą, posiadają bowiem po sześć palców. Ciekawostką jest również to, że stopy te są na ścianie, co oznacza, że z powodu jakichś ruchów ziemi niegdysiejsza podłoga została przemieszczona w taki sposób, że stała się scianą...

                                       

Inne miejsca są chronione przez zamieszkujących w regionie Indian Xavantes, posiadających wiele miejsc świętych, do których obcy nie mogą się zapuszczać bez ich obecności. Jednym z takich miejsc jest pieczara, do której Indianie wchodzą jedynie na odległość do pierszej galerii, nie mając odwagi, aby posuwać się dalej do przodu. Twierdzą, że w podziemniach pieczary żyją jakieś istoty i jeśli ktoś zaryzykuje pójściem do przodu, to z pewnością już nigdy nie powróci. Jak widzimy, według Indian, poprzez tę pieczarę wiedzie przejście do nieznanego im i nikomu innemu, innego świata.

 

Innym świętym miejscem dla Indian Xavantes jest „Zaczarowane Jezioro" („Lagoa Encantada"). W jeziorze tym nie istnieje jakiekolwiek życie, tak obfite zazwyczaj w innych podobnych jeziorach. Według kacyka, Indianie już przynajmniej dwukrotnie widzieli, jak ponad wodami unosił się jakiś nieznany im obiekt. Niektórzy z nich nawet pływają w jeziorze, ale nie mają odwagi zbyt głęboko nurkować, ponieważ obawiają się, że mogą zostać wsani i już więcej nie powrócić na powierzchnię. Powiadają również, że jezioro to jest zamieszkałe przez bogów i często z niego mają wylatywać światła, udające się następnie w stronę gwiazd.

 

Około 200 osób założyło w tamtym regionie, w okolicach wspomnianej już struktury skalnej „Palec Boży", „Klasztor Teurgiczny z Roncador". Uważają oni, że kiedy dochodzi do uszeregowania planet, wówczas otwiera się tam brama, o czym wiadomo, ponieważ słychać wówczas w tamtym miejscu głosy, muzykę i widać osoby, jakby maszerujące po jakimś mieście. Owi mistycy twierdzą, że ów podziemny świat jest zamieszkały przez istoty bardzo rozwinięte technologicznie i duchowo, a wiodą do niego trzy, położone w Brazylii bramy: w pobliżu Manaus w Amazonii, w Foz do Iguaçu (gdzie są sławne wodospady, na granicy z Argentyną i Paragwajem) i właśnie w Serra do Roncador, której to bramy mają strzec Indianie Xavantes i Indianie Morcegos (Nietoperze). Przeczytajmy, co na ich temat pisze północnoamerykański badacz, Carl Huni:

 

„Wejście do jaskiń jest chronione przez Indian Nietoperzy, którzy mają ciemną skórę i są niscy wzrostem, ale posiadają wielką siłę fizyczną. Ich zmysł węchu jest lepiej rozwinięty, aniżeli u najlepszych psów myśliwskich. Nawet jeśli cię zaaprobują i pozwolą ci wejść do jaskiń, to obawiam się, że będziesz już stracony dla obecnego świata, ponieważ bardzo ściśle strzegą tajemnicy i nie mogą pozwolić na to, aby ci, którzy wchodzą, mogli wyjść."

„Indianie Nietoperze żyją w jaskiniach i nocą wychodzą do pobliskich lasów, ale nie utrzymują kontaktu z mieszkańcami z poniżej, którzy zamieszkują podziemne miasto, tworząc w nim samowystarczającą społeczność, z pokaźną liczbą ludności. Wierzy się, że te podziemne, zamieszkałe przez nich miasta zostały zbudowane przez Atlantów."

 

Do Serra do Roncador wciąż przybywają, a nawet zamieszkują tam, przedstawiciele różnych brazylijskich i międzynarodowych ufologicznych i ezoterycznych grup badawczych. Większość z 16 placówek różnych wspólnot mistycznych uważa, że pod ziemią żyją w tamtych stronach uciekinierzy z Atlantydy lub z peruwiańskiego imperium Inków (niektórzy wierzą, że istnieje cały system podziemnych tuneli wiodących w różne inne regiony, w tym aż w pobliże Machu Picchu w Peru). 

 

Ciekawsze linki:

 

www.comturbg.com.br/portal_roncador/

 

www.babyschmitt.com.br/roncador.htm

 

http://fmscalon.multiply.com/photos/album/59

 

www.spagnollo.arq.br/fotos/main.php?g2_itemId=954

www.amigosdabarra.com.br/barradogarcas/fotos.htm

 

W YouTube:

 

www.youtube.com/watch?v=iW9UvRk4sME&feature=related

 

www.youtube.com/watch?v=vmZKrW9nIpI

 

www.youtube.com/watch?v=obSdfWhA2Og


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Murzyni w życiu religijnym Brazylii

czwartek, 03 kwietnia 2008 2:55

                             

 

Wiadomo, że Murzyni są wielką siłą w wielu chrześcijańskich Kościołach. Nie widać tego jednak, gdy bliżej przyglądamy się ludziom, którzy w tych Kościołach zajmują najwyższe szczeble hierarchii. W Afryce, jak sam się przekonałem, jest czymś wręcz zwyczajowym, aby nie dopuścić do kościelnych rytów tradycji pochodzących z murzyńskiej części „Czarnego Kontynentu".

 

Kto zna Nowy Testament lub regularnie uczestniczy w nabożeństwach swojego Kościoła, z pewnością czytał lub słyszał słowa napisane przez Pawła w jego Liście do Galatów: „Wszyscy bowiem dzięki tej wierze jesteście Synami Bożymi - w Chrystusie Jezusie. Bo wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa. Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Jezusie Chrystusie". Ileż to razy słowa te były czytane lub cytowane przez księży, biskupów, pastorów, papieży i różnych innych kaznodziei!

 

Jednak rzeczywistość jest zupełnie odmienna od tej, jaką głosi zacytowana zasada z Pisma Świętego. W Brazylii, zdarza się jeszcze, że białe rodziny nie życzą sobie, aby ślubu udzielał czarnoskóry ksiądz. A w wielu, coraz bardziej potężnych, Kościołach neopentekostalnych (w Polsce zwanych Kościołami zielonoświątkowymi „trzeciej fali") głosi się, że różne tradycje pochodzenia afrykańskiego w rzeczywistości są formą kultu Szatana, więc czymś pochodzenia demonicznego. Niestety środowiska kościelne wcale nie są wolne od postaw rasistowskich. Zasady równości i miłości bliźniego, które powinny być częścią chrześcijańskiego i kościelnego życia, wielokrotnie pozostają tylko w płomiennych, ale pustosłownych kazaniach.

 

W Brazylii istnieje ukryty rasizm, co ma swoje odzwierciedlenie w wewnątrzkościelnym życiu różnych chrześcijańskich wspólnot. Potwierdza to słaba obecność murzyńskich liderów w najróżniejszych, katolickich i protestanckich wspólnotach. W Kościele rzymskokatolickim w Brazylii, na około 400 biskupów jest tylko 8 biskupów Murzynów. A na ponad 15 tysięcy księży, tylko około 550 to Murzyni. Dane te pochodzą z Duszpasterstwa „Afro" Narodowej Konferencji Biskupów Brazylii (CNBB).

 

W innych Kościołach Brazylii nie jest lepiej. Tylko Metodyści przejęli się tą sytuacją i utworzyli Duszpasterstwo Zwalczania Rasizmu. Murzyni jako prezydenci i zastępcy prezydentów kościelnych wspólnot są jeszcze wyjątkiem. Nie odpowiada to rzeczywistości, jeżeli chodzi o proporcje murzyńskich wiernych w tych Kościołach.

 

Według spisu ludności, przeprowadzonego w 2000 r., najwięcej procentowo Murzynów w Brazylii w religii pochodzenia afrykańskiego, w Candomblé stanowią oni 60 procent wszystkich wiernych. W Kościele protestanckim Brazylii (w najróżniejszych jego odmianach) Murzyni stanowią 45 procent wiernych, a w Kościele rzymskokatolickim i w Umbandzie po 44 procent. Tymczasem czarnoskórzy i Mulaci to tylko 252 tysięcy wiernych należących do religii pochodzenia afrykańskiego czyli Candomblé i Umbandy. Do Kościołów katolickiego i protestanckiego należy ich w Brazylii aż 67 milionów.

 

Nie zawsze tak było. W czasach kolonizacji Brazylii przez Portugalię, właśnie Candomblé było rzeczywistością odpowiadającą murzyńskiej, dawnej kulturze i życiu w Afryce. Brazylia jednak była okupowana przez katolickich Portugalczyków, którzy nie pozwalali swoim niewolnikom na praktykowanie ich religii i kultury. Jak twierdzi antropolog Vagner Gonçalves da Silva z Uniwersytetu z Sao Paulo, doszło do gwałtownych represji i zwalczania kultów afrobrazylijskich, zarówno przez Kościół rzymskokatolicki, jak również przez samo społeczeństwo, które napiętnowało tę religię. Aż do XIX wieku Kościół rzymskokatolicki w Brazylii nie przyjmował kandydatów na księży i zakonników spośród Murzynów, Mulatów i Indian. W XX wieku rasizm wewnątrz katolicyzmu dalej istniał. Dopiero II Sobór Watykański uchylił szczelinę dla tolerancji wobec murzyńskiego sposobu wyrażania religijności. Zarówno Kościół rzymskokatolicki, jak i Kościoły protestanckie powinny przyznać się do winy, że przyczyniły się do ucisku czarnoskórych niewolników poprzez postawy rasistowskie wobec murzyńskiej kultury i religijności.

 

Prześladowanie pochodzącej z Afryki religijności przyczyniło się do osłabienia Candomblé w Brazylii. Ale nie tylko ono było tego przyczyną. Problem polega na tym, że praktykowanie tej religii jest kosztowne. Wymaga ona czasu i zainwestowania w rytuały, co z kolei wymaga użycia wielu elementów liturgicznych i pieniędzy. Część osób z tych, które odsunęły się od Candomblé, znalazła swoje miejsce w innej, synkretycznej religii, w Umbandzie. To pomieszanie katolicyzmu, spirytyzmu i Candomblé pozwoliło na przyciągnięcie zarówno białych, jak i Murzynów. Ważną postacią w Umbandzie jest wizerunek „starego murzyna" („preto velho"), jednego z duchów, przewodnika, który posiada wiele cech pozytywnych, takich jak doświadczenie i pokora.

 

Ciekawostką może być fakt, że na początku, kiedy pierwsi biali zaczęli interesować się Candomblé, również Murzyni zabraniali im uczestniczyć w swoich religijnych celebracjach. Wielu potomków dawnych niewolników twierdziło, iż Candomblé jest religią zachowującą pochodzenie rodzinne, przechodzącą z pokolenia na pokolenie. O przynależności więc do „terreiro" miało decydować pochodzenie z rodzin murzyńskich. Dopiero z biegiem czasu taka postawa wobec białych zanikła. Dzisiaj najwięcej białych można spotkać w Candomblé na południu i w południowo-zachodniej Brazylii. Tam do tej religii przystąpiło wiele osób z białej klasy średniej, co przyczyniło się do pojawienia się liderów Candomblé, którzy nie byli Murzynami.

 

W Brazylii istnieje dzisiaj 55 milionów murzyńskich katolików, ale nie ma żadnego Murzyna na najwyższych stanowiskach kościelnych. Jurandyr Azevedo Araújo, z Duszpasterstwa Afro CNBB, powiedział o praktyce życia czarnoskórych księży: „Kiedy znajdujemy się w parafialnym biurze lub w zakrystii, to często się zdarza, że przychodzące osoby pytają nas o księdza. Zdarzają się również jeszcze przypadki, że kiedy ksiądz Murzyn wchodzi do kościoła, to niektórzy natychmiast z niego wychodzą".

 

W 1988 r. w Brazylii obchodzono setną rocznicę zniesienia niewolnictwa. W tym samym roku Kościół rzymskokatolicki w Brazylii, jako temat przewodni Kampanii Braterstwa na okres Wielkiego Postu, wybrał zdanie: „Usłyszałem Krzyk tego Ludu". Dziesięć lat później zostało utworzone w Brazylii Duszpasterstwo Afro (czyli osób pochodzenia afrykańskiego), uprawomocnione w 2000 r. Ksiądz Jurandyr wskazuje, że nie tylko liczba hierarchów murzyńskich w Brazylii jest bardzo mała, ale i liczba katolickich świętych murzyńskiego pochodzenia. Możliwe jednak, że ta liczba może się wreszcie zwiększyć, bowiem w samej Brazylii oczekuje się na proces kanonizacyjny dwóch ciemnoskórych katolików: pierwszego biskupa Murzyna - Silvério Pimenty i Franciszki de Paula de Jesus Isabel, czyli „Nhá Chica".

 

Tymczasem rośnie w siłę murzyński ruch wewnątrz brazylijskiego katolicyzmu. W styczniu tego roku odbędzie się w Porto Alegre IV Narodowy Kongres Murzyńskich Zrzeszeń Katolickich. „Istotnym rysem murzyńskich ruchów w Brazylii jest opór. W oparciu o doświadczenie w swojej walce odkrywają nowy wizerunek Boga, który kroczy, śpiewa, tańczy, uczestniczy. To jest Bóg oporu. Dlatego przyjąć swoje murzyńskie pochodzenie jest częścią duchowości walki i wyzwolenia". Tak powiada ksiądz Jurandyr.

 

Warto dodać, że symbolem Brazylii jest statuetka przedstawiającą murzyńską Matkę Jezusa, Nossa Senhora Aparecida.

 

Tradycyjna postawa murzyńskiego świętowania znalazła swoje miejsce w kultach zielonoświątkowych, w których 49 procent z ponad 30 milionów wiernych to Murzyni. Brazylia dzisiaj jest trzecim co do liczebności protestanckim krajem świata, po USA i Chinach, z czego ponad 75 procent to są właśnie różne odmiany zielonoświątkowców. Raczej nie mają powodzenia wśród Murzynów religie, w których duży nacisk kładzie się na kazania lub na cichą medytacji. Ale za to te religie, które posiadają tradycję związaną z muzyką, śpiewem, tańcem, z wejściem w trans i z wyrażaniem swoich uczuć i wiary za pomocą ciała, mogą liczyć na sukces.

 

Filozof, pisarz i pastor Kościoła Baptystów, Marco Davi de Oliveira, stwierdził: „W Kościele Zielonoświątkowym istnieje pewna afrykanizacja. Jego liturgia jest bardzo podobna do tej z Candomblé, gdzie używa się ciała i muzykalności przy użyciu rytmów perkusyjnych". W swojej książce „Najczarniejsza Religia Brazylii" podkreślił obecność Murzynów wśród wiernych Kościoła Zielonoświątkowego, w tym fakt, że założycielem jednego z najważniejszych Zgromadzeń Bożych był właśnie północnoamerykański Murzyn. De Oliveira zwraca uwagę, iż w Brazylii zielonoświątkowcy od początku działali tam, gdzie odczuwano większy brak religijności, czyli na północy kraju. Głosili teologię pomyślności, która zapowiadała poprawę życia wiernych z Bożą pomocą tutaj i teraz. Ruch zielonoświątkowy dał możliwość pojawienia się wielu liderów, od których nie wymagano długich lat nauki, ukończenia szkół czy seminariów oraz posiadania różnych zasług. Osoba może być zamiataczem ulic, czy ulicznym sklepikarzem, ale w kościele może pełnić funkcję diakona. I dopóki przebywa wewnątrz świątyni czuje się osobą bardzo ważną.

 

Jednakże również w Kościele Zielonoświątkowym Murzyni rzadko zajmują wyższe stanowiska. O istniejącym w nim rasizmie w ogóle się nie mówi. Ruch murzyński dopiero się tam zaczyna, ma swoje początki wśród wiernych i niektórych pastorów, ale nigdy nie wychodzi od liderów.

 

Wśród Kościołów neopentekostalych w Brazylii istnieje ruch skierowany przeciwko symbolom kultury murzyńskiej. Na początku 2003 r. doszło do zgłoszenia władzom sądowym oraz parlamentarnym kraju, przez wyznawców Candomblé, wrogich na nich ataków w telewizji, w prasie i bezpośrednio w świątyniach, ze strony pastorów i wiernych Kościołów neopentekostalnych. Dotyczyło to zwłaszcza najbardziej murzyńskiego stanu Brazylii, Bahija, w którym mieszkam. Ostatnio Kościoły neoptekostalne w Salvadorze, stolicy tego stanu, wymyśliły nawet „capoeirę Pana", czyli taneczny, murzyński sposób walki oraz „acarajé Pana" czyli potrawę na bazie zmielonej fasoli, warzyw, krewetek, pieprzu i typu gęstego sosu. Chodzi o oderwanie tych murzyńskich symboli od utożsamiania ich z Candomblé.

 

Najmniejszą religijną wspólnotą murzyńską w Brazylii są czarnoskórzy Żydzi. Jest ich tutaj 2687, czyli 2 procent wszystkich Żydów. Według rabina Henry Sobela z Sao Paulo, również liczba wszystkich Żydów w Afryce ulega zmniejszeniu. W całej Afryce jest ich tylko około 100 tysięcy, z czego 90 procent żyje w Afryce Południowej. Jest tam mało murzyńskich Żydów, w większość z nich to Falasze z północno-zachodniej Etiopii. Słowo „Falasz" pochodzi od dawnego etiopskiego słowa oznaczającego obcokrajowca, wypędzonego. Według rabina Sobla chodzi tu o wygnanych z Ziemi Świętej. Zazwyczaj twierdzi się, że są oni potomkami plemiona Dana, jednego z 12 plemion Izraela, albo potomkami króla Salomona i królowej Saby. Zawsze wiernie trwali przy wierze żydowskiej, ale prześladowani przez inne religie, głównie przez chrześcijan i muzułmanów oraz cierpiąc głód, choroby i suszę, prawie już zanikli. Według rabina Sobla, Falasze byli zbyt biedni, aby móc wyemigrować do innych krajów, np. do Brazylii. Przyznał również, że samych brazylijskich Murzynów nawróconych na judaizm jest również niewielu.

 

Powiada się, że dusza nie ma koloru ani rasy. Ale w rzeczywistości religijnej Brazylii rasizm jest ciągle jeszcze smutną rzeczywistością katolicyzmu, protestantyzmu i innych wyznań. Istnieje jednak już wiele inicjatyw, aby zerwać z tym wstydliwym dziedzictwem. Ale to dopiero jest początek walki o równość wobec Boga i ludzi.

 

Oby nadszedł taki dzień, gdy wszyscy wreszcie zrozumieją, że wobec Boga nie ma Murzyna, Indianina lub białego, ale wszyscy są równi. Również, aby dotrzeć do najwyższych stanowisk w swoich Kościołach i grupach religijnych.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Chrześcijanin i mason - Brazylia

czwartek, 03 kwietnia 2008 2:47

                            

 

Trudno mieć całkowitą pewność, co do początków zaistnienia Masonerii. Istnieją teorie, że miała ona swe początki w Średniowieczu przy istniejących wówczas cechach różnych zawodów, albo nawet przy bractwie piekarskim utworzonym w Europie w 715 r. Istnieją również też i inni specjaliści, którzy przypisują jej początki zakonowi Templariuszy, założonemu w 1119 r. w celu obrony miejsc świętych w Palestynie. Tymczasem możemy mieć jedyną pewność, to jest że Masoneria, taka jaka jest znana dzisiaj, została założona przez dwóch protestanckich pastorów. Otóż w 1723 roku, James Anderson z Kościoła Prezbiteriańskiego i Jean Theophile Desauguiliers z Kościoła Anglikańskiego, opracowali dwa kodeksy, które odtąd zostały powszechnie przyjęte przez istniejące w świecie loże masońskie.

              W Brazylii Masoneria miała swe początki w 1797 r. w Stanie Bahia poprzez otwarcie Loży Rycerzy Światła w osadzie Barra, dzisiaj będącej piękną dzielnicą stolicy stanu, Salvadoru. W 1802 r. została założona loża masońska w stolicy ówczesnej kolonii portugalskiej, jaką była Brazylia, tj. w Rio de Janeiro i już w 1831 r. został powołany do istnienia Wielki Wschód Brazylia, który działa do dzisiaj. Aktualnie w Brazylii Masoneria posiada około 150 tys. członków.

              Od samego początku istniała polemika, co do możliwości przynależności chrześcijan do Masonerii. Polemika ta istniała i istnieje również w Brazylii. Już na początku XX wieku, dokładnie 31 lipca 1903 r., była ona jedną z przyczyn wielkiego podziału w Brazylijskim Kościele Prezbiteriańskim, z którego wyłonił się drugi dzisiaj w Brazylii, co do wielkości, Kościół Prezbiteriański, Niezależny Kościół Prezbiteriański (Igreja Presbiteriana Independente).

              Jest to problem też i Kościoła Rzymsko-Katolickiego, który oficjalnie potępiał Masonerię, a tymczasem w jej szeregach zawsze znajdowało się wielu czołowych katolików kraju, w tym i wielu znanych księży.

              Zazwyczaj w Brazylii unika się tematu przynależności członków Kościołów chrześcijańskich do Masonerii. Widziana z podejrzliwością, zawsze jednak fascynowała wielu chrześcijan, w tym również ich liderów, zwłaszcza ze względu na wzbudzaną przez nią ciekawość dotyczącą stosowanych przez nią sekretnych rytów i udzielania sobie wzajemnej, braterskiej pomocy. Skryta, tajemnicza, posiadająca wiekową, mającą swe początki w mgle czasu filozofię, Masoneria przyciąga do siebie wielu, ale też i wielu przeraża. Np. podejrzewa się w pewnych chrześcijańskich kręgach, że w niektórych masońskich ceremoniach praktykowane jest przymierze krwi i przysięga się śmierć tym, którzy chcą opuścić masońskie szeregi. Mniej przerażają inne zwyczaje, o których powszechnie się plotkuje, jak znane tylko Masonom hasła, którymi się rozpoznają, czy specjalny sposób uściśnięcia ręki przy przywitaniu lub trzy kropki stawiane przy podpisie. Masoneria jednak dalej pozostaje instytucją zupełnie nieznaną, czemu pomaga jeszcze zachowanie samych jej członków, jak też i istnienie miejsc spotkań, tzw. lóż, zamkniętych dla zwykłych śmiertelników.

              Pomimo, że ogólnie Masoneria jest źle widziana w środowisku protestanckim Brazylii, to jednak istnieje też duży procent protestantów, którzy nie tylko patrzą na Masonerię z sympatią, ale również do niej należą. Dla nich nie istnieje żaden problem w służeniu Chrystusowi i Wielkiemu Wschodowi. Oczywiście, o wiele więcej protestantów uważa Masonerię jako religię okultystyczną, a wręcz i diabelską, więc niemożliwą do zaakceptowania dla prawdziwego chrześcijanina.

              Pastor Marcin Luter Semblano z Kościoła Nowe Życie w Rio de Janeiro uważa, że Masoneria zawiera pewne elementy, nie do zaakceptowania przez osoby wierzące. Dla niego jest czymś niedopuszczalnym, aby protestant, a tym bardziej jakiś pastor, był członkiem Masonerii. Uważa, że przez sam fakt, iż członek Masonerii musi zachowywać tajemnice co do samej instytucji oraz bronić innych masonów, już otwiera możliwość zaistnienia kłamstw. Krytykuje również relatywizm głoszony przez Masonerię wobec wszystkich religii, co sprzeciwia się nakazowi samego Jezusa Chrystusa, aby uczynić innych ludzi Jego uczniami. Zarzuca również Masonom - chrześcijanom, że o wiele bardziej angażują się w działaniach Masonerii, aniżeli własnego Kościoła. Uważa, że chrześcijanie powinni przeciwstawić się wszelkim wpływom masońskim.

              Wiadomo, że poprzez nawrócenie i chrzest każdy może zostać członkiem Kościoła, gdy tymczasem wejście w szeregi Masonerii jest procesem powolnym i dosyć złożonym. Do tej instytucji może przyłączyć się tylko osoba, która zostanie tam wprowadzona przez kogoś należącego już do Masonerii. Często nawet nie wie, czy jego życie nie zostało w tajemnicy dokładnie przebadane. Dopiero, jeśli dochodzenie ukaże, że osobie nie można zarzucić nic konkretnego, zostaje ona oficjalnie, za zgodą loży, zaproszona do przyłączenia się do Masonerii. W przypadku mężczyzny żonatego, ten powinien otrzymać zgodę żony. Powinien też wypełnić kwestionariusz z licznymi pytaniami. Dopiero po tym jest otwarte dochodzenie, które może potrwać nawet do dwóch lat, aby w końcu osoba została przyjęta w masońskie szeregi.

              Poza wzajemną pomocą, Masoni angażują się w różnego typu działalność o charakterze społecznym i wspólnotowym. Mają zwyczaj mówienia o sobie jako o spotkaniu ludzi wolnych i dobrze wychowanych. Nieuczciwość i różne wady są wśród nich zwalczane, a za to wysoko sobie cenią dobre życie rodzinne. Zazwyczaj też są skrajnie gorliwi w dbaniu o swoją instytucję i grupę, do której należą, praktykując dokładnie wszystko, czego się od nich w Masonerii wymaga.

              W lożach ryty są sprawowane według hierarchicznego rygoru i posiadają wysoki stopień symbolizmu. Mają miejsce raz na tydzień lub na dwa tygodnie. Podczas celebracji każdy posiada odpowiednią, z góry wyznaczoną funkcję, zgodnie ze swoim stanowiskiem w hierarchii. Na jej otwarcie istnieje uroczyste wejście czeladników, towarzyszy, mistrzów, za którymi wchodzi czcigodny mistrz, który wszystkiemu przewodniczy. Pozycja siedzeń również ma charakter rytualny - Wschód, Kolumna Południowa, Kolumna Północna. Przed rozpoczęciem sesji może być czytany Psalm 133, w którym mowa jest o doskonałości braterskiej miłości oraz uroczystą modlitwą do Wielkiego Architekta Wszechświata, utożsamionego z Bogiem, i w Brazylii przedstawianego przez literę "G". Później następują dalsze stałe części uroczystości, w tym też i modlitwa. Wszystko jednak ulega zmianie, kiedy ma nastąpić ceremonia przyjęcia nowego członka loży. Jest częścią tradycji zawiązanie oczu kandydatowi, który powinien wypić zawartość kielicha ze słodką i gorzką wodą i podporządkować się serii innych rytów, a wszystko to pełne różnego symbolizmu. W przypadku wyniesienia na urząd wielkiego mistrza używa się nawet trumny, w której kładzie się jeden z obecnych, aby w ten sposób odegrać rolę dawnego, już zmarłego przywódcy.

              Powyższy opis może być przykładem tego, co staje się argumentem w przypadku Kościoła, aby odciąć się od Masonerii z przyczyn duchowych. Jak już jednak wspomniałem, wielu chrześcijan protestantów jest również członkami lóż masońskich i nie widzi nic złego w byciu chrześcijaninem i masonem. Pisarz Descartes de Souza Teixeira od 40 lat jest Masonem, będąc zarazem członkiem Kościoła Wspólnota Jezusa w Sao Paulo i przewodniczącym Loży imienia Quintino Bocaiúva. Nie widzi żadnego problemu w swojej postawie. Dla niego Wielki Architekt Wszechświata jest równoznaczny z Bogiem Biblii. Descartes został ochrzczony w 1959 roku w Pierwszym Kościele Baptystów w Niterói, w Stanie Rio de Janeiro, i jak twierdzi, wszyscy w Kościele doskonale wiedzieli o jego przynależności do Masonerii i nigdy nie miał z tego powodu żadnego problemu. Doszedł do 33 stopnia wtajemniczenia masońskiego. Twierdzi, że w Masonerii "nie chodzi o żadną religię, ale o sumę doktryn i rytów. Prawdą jest Chrystus, ale to nie znaczy, że Masoneria jest kłamcą".

              Nie wszyscy jednak zgadzają się z Descartesem. Pastor i badacz Joachim de Andrade z Baptystycznej Kongregacji Ágape w Sao Paulo, i wice prezydent Agencji Informacji Religijnych (Agir), dziwi się takiej postawie: "Masoni używają w swych działaniach astrologię, kabałę, numerologię i okultyzm. Jak więc osoba wierząca może mieć udział w czymś takim?". Twierdzi też, że Masoneria jest konkretną religią: "Jeśli posiada się świątynie, ryty, modlitwy i zadośćuczynienia, to jasne, że chodzi o religię". Poza tym, powiada, Masoneria nie uznaje Biblii jako jedynej podstawy wiary i praktyki religijnej, gdyż chociaż jest ona obecna w lożach masońskich, to jednak posiada tylko charakter dekoracyjny, a na dodatek, w krajach muzułmańskich jej miejsce zajmuje Koran, w krajach zamieszkałych przez buddystów Tripitaka, itd. Najgorszy dla niego jest jednak synkretyzm wyznawany przez Masonów w stosunku do Boga. Uważa, że utożsamiają go z Om´em, bóstwem słońca u Egipcjan. Sam Jezus Chrystus jest natomiast tylko kolejnym twórcą religii, równym Mahometowi, Buddzie czy Konfucjuszowi. Pastor Joachim jest kategoryczny uważając, że jeśli ktoś rzeczywiście się nawróci i uwierzy w Chrystusa, to musi opuścić Masonerię. Niestety, przyznaje jednak, że wielu członków kościołów protestanckich, a nawet i pastorów, przystępuje do Masonerii z powodu korzyści, ponieważ jeden z podstawowych nakazów Masonerii każe swym członkom wzajemnie się wspomagać: "Bycie Masonem otwiera drzwi, jest oznaką prestiżu. Wyobraź sobie ułatwienia, które będzie miał pastor należący do Masonerii, chociażby w realizacji określonych projektów?". Jak podkreśla też pewien protestancki adwokat, który kiedyś doszedł już do 33 stopnia w Rycie Masońskim Adoniramita, przynależność do Masonerii wiąże się z wieloma przywilejami i możliwościami.

              Różni pastorzy i przywódcy protestanccy przynależący do Masonerii raczej otwarcie się do tego nie przyznają. Kiedyś dziennikarze z protestanckiego, informacyjnego czasopisma "Eclésia" chcieli dotrzeć do niektórych z nich, o których dowiedzieli się ze swych źródeł, ale z żadnym z nich nie udało się im nawiązać kontaktu.

              Pastor i teolog Paweł Pimental, dyrektor Ośrodka Badań Religijnych, uważa, że powiązania pomiędzy protestantami i Masonerią wywodzą się z przyczyn historycznych: "W wersji współczesnej, Masoneria została utworzona przez dwóch pastorów". Według niego istnieją nawet protestanci, którzy ewangelizują swych braci z masońskich lóż, do których sami należą.

              Pastor Kościoła Baptystów Osvaldo Gomes, z miasta Sao Gonçalo w Stanie Rio de Janeiro, opowiada, że już wielokrotnie był zapraszany, również przez innych protestantów, do wstąpienia w szeregi masońskie. Nie zgodził się na wstąpienie do masonerii, ale opowiada przypadek innego pastora Kościoła Baptystów, który wstąpił, i chociaż wcześniej był wzorowym człowiekiem wierzącym, po staniu się Masonem zaczął bardziej służyć loży masońskiej, aniżeli dziełu Pana. Z drugiej jednak strony wychwala pracę społeczną masonów i podkreśla, że wielu to ludzie bardzo dobrzy, wśród nich wielu znanych mu protestantów, również i pastorów.

              Inny pastor, Daniel de Almeida, z 2-go Kościoła Baptystów w Macaé, Stan Rio de Janeiro, był Masonem, ale opuścił szeregi masońskie z powodu świadomości, że ich praktyki były prawdziwym religijnym kultem. Nie chciał jednak nic powiedzieć na temat rytów i zachowań masońskich, gdyż został zobowiązany przez Masonerię, aby niczego nie wyjawiać. Wskazał jednak na dwa przypadki, kiedy poczuł się skrępowany podczas masońskich rytów: raz, kiedy często wzywano Świętego Jana; drugi raz, kiedy powiada się, że przewodniczący loży masońskiej powinien "dać światło" przyjmowanemu do niej członkowi, a przecież światłem świata jest tylko Jezus. Przyznaje jednak, że znaczna część przywódców Kościoła Baptystów nie tylko w Stanie Rio de Janeiro, ale w całej Brazylii, należy do Masonerii.

              Wspomniany już przedtem protestancki adwokat i członek Kościoła Baptystów w Sao Paulo wspomina, że spotkał wśród masonów wielu wspaniałych i uczciwych ludzi, którzy poświęcają się sprawie braterstwa i pomocy bliźnim. Z drugiej jednak strony był świadkiem manipulacji i walki o władzę. Głównym jednak powodem jego odejścia z Masonerii, chociaż posiadał bardzo wysoki stopień wtajemniczenia w jej hierarchii, był powód duchowy. Stwierdził, że jego protestanckie wychowanie nie mogło pogodzić się z wieloma formami działalności Masonerii, których był świadkiem, ponieważ były sprzeczne z doktryną i kulturą ewangeliczną. "Znam niezliczoną ilość protestantów Masonów. Wszyscy wiedzą o ich życiu, ale w moim przypadku te dwie przynależności stały się całkowicie ze sobą niemożliwe do pogodzenia".


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Inkwizycja w Portugalii i w Brazylii

czwartek, 03 kwietnia 2008 2:36

        

Historycy do dzisiaj nie są pewni, co do liczby ofiar portugalskiej Inkwizycji. Co prawda w 2004 r. Watykan ogłosił, że na Półwyspie Pirenejskim i w koloniach Inkwizycja doprowadziła do śmierci mniej osób, aniżeli dotąd głoszono, ale wiadomość ta została przyjęta raczej z wielkim sceptyzmem, ponieważ wiadomo, że bardzo wiele dokumentów portugalskiej Inkwizycji zaginęło podczas trzęsienia ziemi w Lizbonie w 1755 roku, a wiele innych zostało zniszczonych z powodu nieodpowiedniego ich przechowywania. Z trzech wieków działania portugalskiej Inkwizycji pozostało około 39-40 tysięcych zachowanych procesów (w tym tych przeprowadzanych w Brazylii i w Indiach) i tysiące rękopisów i ksiąg. Aby jeszcze zobrazować, jak trudno jest dzisiaj dotrzeć do dokumentów dotyczących działania Inkwizycji, to wystarczy przypomnieć, że np. całe archiwum hiszpańskiej Inkwizycji z Limy, Peru, zostało spalone, a przecież okresami ta działała tam w sposób o wiele bardziej okrutny, aniżeli w samej Hiszpanii.

 

W niniejszym artykule interesuje nas jedynie okres tzw. Nowoczesnej Inkwizycji, która została zaprowadzona w Hiszpanii w 1478 roku, a w Portugalii przez króla Jana III w  1536 roku (trwała do XIX wieku). Warto przy tym przypomnieć, że na początku głównym celem działania Inkwizycji w Hiszpanii i w Portugalii byli Żydzi, którzy we współdziałaniu korony i Kościoła zostali zmuszeni do nawrócenia na katolicyzm lub na wygnanie w 1492 roku z Hiszpanii i w 1497 roku z Portugalii. Ci, którzy woleli wówczas, lub już przedtem przejść na chrześcijaństwo, aby jedynie uniknąć prześladowań i nawet śmierci, nazywano "nowymi chrześcijanami". Ich nawrócenie nigdy jednak nie było w pełni akceptowane i już w 1449 roku wydano w Toledo statut, który dyskryminował i wykluczał wszystkich urodzonych jako Żydów oraz ich potomków. Później dołączono do nich również murzynów, Indian, muzułmanów, cyganów i ich potomków. Usprawiedliwienie takiego postępowania znaleziono w religii, ale w rzeczywistości chodziło o antysemicki ruch utworzony w celu dyskryminacji "nawracanych" na chrześcijaństwo Żydów.

 

Trybunał inkwizycyjny w Portugalii utworzono więc z powodu rozwiązania "kwestii żydowskiej". Warto bowiem przypomnić, że Żydzi byli "nawracani" przy użyciu przemocy i gróźb, a woda chrzcielna z pewnością nie zmywała z nich miłości do swojej, żydowskiej tradycji. Potomkowie tych nawróconych Żydów przez następne wieki w możliwy im sposób często opierali się narzuconej im religii. Uznawani jako heretycy, "nowi chrześcijanie" byli widziani przez króla Jana III jako zagrożenie i to dlatego zwrócił się on do papieża o pozwolenie mu na założenie w Portugalii i w jej koloniach Inkwizycji na wzór Inkwizycji hiszpańskiej. Prośbę swą poparł, wysyłając Kurii Rzymskiej odpowiednie dary. Tak więc Inkwizycja została zainstalowana w Portugalii w 1536 r. jedynie w celu pilnowania i zwalczania "nowych chrześcijan", tj. Żydów "nawróconych" na katolicyzm.

 

Państwo i Kościół zawarli układ zgodnie z którym połowa skonfiskowanych dóbr szła do kasy króla, a połowa do kasy Kościoła. Inkwizycja posiadała wielką, rozbudowaną biurokrację z licznymi urzędnikami i z niesamowicie rozbudowanym systemem szpiegowania. Jej agenci często działali w ukryciu, ciesząc się licznymi przywilejami.

 

Sama instytucja Inkwizycji w Portugalii i w koloniach zależała od znalezienia jak największej liczby "heretyków", więc tych często wymyślano. Jakiekolwiek słowo lub gest mogły zawsze zostać uznane za heretyckie. Inkwizycja potrzebowała dóbr "heretyków", wytyczania im procesów, ale również wzorowych publicznych kaźni, przeprowadzanych zazwyczaj w niedzielę i w święta, czyli w dni uroczyste i wolne od pracy, aby zebrać tłumy. Prosty, zabobonny lud czuł się "oczyszczony" i dumny, mogąc uczestniczyć w tym spektaklu w towarzystwie króla i wielmożów.

 

Inkwizycja działała na zasadzie donosu. Każdy więzień Inkwizycji wskazywał jej, zazwyczaj pod wpływem tortur i gróźb, następne dziesiątki, a nawet setki osób. Nie było dla Inkwizycji osób niewinnych. Aby uniknąć śmierci uwięzieni wskazywali na zazwyczaj niewinnych swoich bliskich, w tym rodziców i rodzeństwo, którzy natychmiast byli przez Inkwizycję posyłani do więzienia. Była to niesamowicie groźna metoda, która niszczyła wszelkie więzi miłości i bliskości pomiędzy osobami. Lęk przed śmiercią na stosie zmuszał Portugalczyków do kłamstwa i współpracy z Inkwizycją. Jak to stwierdził XIX wieczny poeta portugalski Antero de Quintal (1842 - 1891), Inkwizycji udało się przemienić w Portugalii hipokryzję w narodowy nałóg.

 

W portugalskiej koloni Brazylii oficjalnie nigdy nie założono Trybunału Inkwizycji, więc Brazylijczyków obwinionych o "herezję" przeciw wierze katolickiej  zazwyczaj trzymano w więzieniu, czekając na odesłanie ich do Portugalii, gdzie miesiącami i latami byli trzymani w wilgotnych celach Lizbony. Na stosach palono zazwyczaj "nowych chrześcijan" oskarżonych o praktykowanie religii żydowskiej. Innych więziono, później naznaczano workiem penitencyjnym, czyniąc z nich "nietykalnych", shańbionych na zawsze, przy czym osoby bogate i wykształcone traciły na rzecz króla lub Kościoła wszystkie swoje dobra, stając się biedakami i żebrakami. Dla przykładu, poeta Antonio Serrao de Castro, jeden z założycieli pierwszej Akademii Humanistycznej w Lizbonie, po 10 latach więzienia i tortur został zmuszony do oglądania śmierci na stosie własnego syna, kończąc swoje życie jako żebrak w Lizbonie; Miguel Teles da Costa, bogaty właściciel ziem w Brazylii, utracił wszystkie swoje dobra i oszalał; największy pisarz w języku portugalskim XVIII wieku, żyjący w Brazylii Antonio Jose da Silva, po torturowaniu go przez Inkwizycję nie mógł już nigdy więcej użyć swoich rąk. Wielką ilość podobnych przypadków  można znaleźć w: "Księdze więźniów, którzy zabili się w więzieniu",  "Księdze więźniów, którzy oszaleli w więzieniu", itd.

 

Wszystko, co działo się z więźniem przebywającym w rękach Inkwizycji, było tajemnicą. Przed wyjściem na wolność więzień był zmuszony do podpisania " Oświadczenia co do Tajemnicy", w którym obiecywał nigdy nikomu nie wyjawić co widział, co słyszał i co się z nim działo podczas procesu i pobytu w rękach Inkwizycji, wszystko to pod groźbą ponownego uwięzienia, a zarazem i śmierci (byłby przecież recydywistą). Hipokryzja i farsa Inkwizycji była tak wielka, że, jako iż nie mogła wylać krwi, oddawała skazańca sprawiedliwości cywilnej, aby ta go zabiła.

 

Papież Polak, Jan Paweł II, przeprosił Żydów za zbrodnie popełnione przeciw nim przez ludzi Kościoła. Jednak już trzysta lat wcześniej portugalski misjonarz w Brazylii, Jezuita, ksiądz Antonio Vieira (1608 - 1697), doniósł do papieża Inocentego XI w sprawie korupcji i stosowanych przez Inkwizycję niesprawiedliwości i zbrodni wobec Żydów, których mordowała niewinnych, często jedynie dla ich pieniędzy o dóbr. Papież nawet zawiesił działanie Trybunału Inkwizycji w Portugalii, ale w rzeczywistości była to jedynie farsa, ponieważ więźniowie nie zostali uwolnieni, a juz w kilka lat później trybunały Inkwizycji zaczęły działać z jeszcze większą siłą.

 

Na etapie, na jakim dzisiaj  przebiegają badania dotyczące działania Inkwizycji w Brazylii, możemy powiedzieć, że w tej portugalskiej kolonii aresztowano 1.076 osób, z czego 29 skazano na śmierć. W większości przypadków ofiarę wpierw uduszano, zanim podpalano pod nią stos, ale w niektórych przypadkach, które uważano za groźne, ofiary były rzucane żywe w rozpalony ogień (np. przypadek księdza ze stanu Bahia, Manoela Lopesa de Carvalho, spalonego w 1726 r., czy też młodzieńca Miguela de Castro).

 

W portugalskiej kolonii, jaką była Brazylia, pojawiło się wiele ciekawych postaci związanych z walką z Inkwizycją. Pomiędzy nimi nie brakowało również "nowych chrześcijan", czyli nawróconych lub potomków "nawróconych  Żydów". Wśród nich możemy wyróżnić:

- Manuel Beckman, o przydomku "Żyd Głowa Buntu", przywódca tzw. „Rewolucji z Maranhão" z 1684 r.;

- Diogo Nunes Henrique ze stanu Minas Gerais, więziony przez Inkwizycję w XVIII wieku za słowa „Każdy człowiek powinien mieć prawo wielbić Boga zgodnie ze swoim własnym sumieniem", za posiadanie „książek", za nienauczanie swoich niewolników wiary chrześcijańskiej i za to, że wzdychał mówiąc „Oh, mój Boże!" i nie „Oh, mój Jezu!";

- Joaquim Nabuco (1849 - 1910), walczył o zniesienie niewolnictwa, bezpośredni potomek żydowskich rabinów;

- Antonio Raposo Tavares (1598 - 1658), sławny Bandeirantes, który przeprowadził wyprawy, dzięki którym Brazylia ma dzisiaj tak duży obszar, które uzyskał kosztem Hiszpanów, min. zwalczając hiszpańskich Jezuitów;

- Pedro Vaz de Barros, Garcia Rodrigues Pais, Andre Fernandes i inni Bandeirantes (awenturnicy, poszukiwacze złota, srebra i drogich kamieni, łowcy indiańskich niewolników, którzy zapuszczali się na dotąd nieznane olbrzymie obszary dzisiejszej Brazylii), co wyjaśnia ich konflikty z hiszpańskimi misjami jezuickimi.

 

Inkwizycja pozostawiła straszne ślady w sercach i umysłach Portugalczyków i Brazylijczyków, przeszkadzając w  ekonomicznym rozwoju tych ziem. Podzieliła ludność na starych i nowych chrześcijan, czyli na czystych i nieczystych, doprowadzając do wielu prześladowań, śmierci, podejrzeń i konfliktów. Aż do czasów swojej niepodległości (oficjalnie przyjmuje się rok 1822) w portugalskiej kolonii, jaką była Brazylia, nie rozwijała się literatura i prasa, nie było uniwersystetów czy dostępu do informacji, a lista dzieł zakazanych przez Inkwizycję w Portugalii była nawet dłuższa od tej, jaka istniała w Rzymie. W rzeczywistości trybunały Inkwizycji w Portugalii i w Hiszpanii służyły celom politycznym, używając „Boga", „różność" i „innych", aby zachować przywileje starającej utrzymać się przy władzy mniejszości, kosztem rozwoju ludów Półwyspu Pirenejskiego i ich kolonii.   


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

środa, 24 maja 2017

Licznik odwiedzin:  53 551  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O mnie

Mirek, Polak w Brazylii, zonaty z Brazylijka, osiadly w stanie Bahia.
Moje blogi:
http://bahia.bloog.pl
http://latynowska.bloog.pl
http://latynosi.bloog.pl
http://cantocristiano.bloog.pl
http://latynoskie.bloog.pl
http://latynowska2.bloog.pl
e-mail: zimne@wp.pl

O moim bloogu

Ten blog pragnę poświęcić najróżniejszym, ciekawym miejscom, osobom i wydarzeniom z historii Ameryki Łacińskiej.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 53551
Bloog istnieje od: 3529 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl